Robert w wyścigach Formuły 1. Spełniło się największe marzenie jego i pana?
Dla mnie przejście Roberta do Formuły 1 było naturalnym etapem kariery. Znam jego możliwości. Oczywiście potrzeba było też troszeczkę szczęścia. Ogromnie się cieszę, choć najmilej wspominam rok, gdy Robert, mając 13 lat, zaczął ścigać się w kartingu za granicą, w mistrzostwach Włoch. To były kapitalne czasy i wspominam je z łezką w oku.

Czy wówczas rozmawiał pan z synem o tym, że może kiedyś będzie kierowcą w Formule 1?
O Formule 1 nie było jeszcze mowy, ale po pierwszych sukcesach we Włoszech uwierzyliśmy, że kiedyś Robert może zostać kierowcą zawodowym i zarabiać na życie, kręcąc kółkiem. Nawet niekoniecznie w F1, bo jest wiele klas wyścigowych, w których jeżdżą profesjonalni kierowcy. Formuła 1 była na tamtym etapie raczej marzeniem.

To prawda, że Robert mając cztery lata namówił pana do kupna samochodu i dzięki temu szybko nauczył się jeździć?
Tak. Przykleił się do szyby wystawowej, za którą stała miniatura samochodu terenowego. To było plastikowe autko z mocnym 3,5-konnym czterosuwowym silnikiem Hondy. Dało się nim jeździć szybko i z finezją. Co ciekawe, miało napęd tylko na jedno tylne koło, dlatego technika pokonywania zakrętów w lewo była zupełnie inna niż skrętów w prawo. Robert natychmiast w intuicyjny sposób rozgryzł ten problem.

Czterolatek? Jak to możliwe?
Nie wiem. Nigdy nie byłem kierowcą rajdowym czy wyścigowym. Dlatego przecierałem oczy zdumiony, skąd on to umie. To tak jak dziecko z absolutnym słuchem siada przy pianinie i zaczyna grać melodię, którą właśnie usłyszało. Z taką łatwością Robert uczył się jeździć. Można powiedzieć, że urodził się, by zostać kierowcą wyścigowym.

Szybko potwierdził to na torze.
W pierwszym starcie we Włoszech w kartingu zajął drugie miejsce, a gdyby nie błąd z doborem przełożenia, zwyciężyłby. Ale i tak zrobił furorę, bo przyjechał znikąd, startował na starym sprzęcie z poprzedniego roku. Komisarze techniczni nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli, rozebrali gokart i silnik Roberta do ostatniej śrubki. Każda część, która podlegała ograniczeniom regulaminowym, była dokładnie mierzona. Badanie techniczne trwało ponad dwie godziny. Wszystko było zgodne z przepisami. Jako 13-latek Robert zdobył międzynarodowe mistrzostwo Włoch, w najmocniejszej lidze kartingowej na świecie! Od razu stał się personą w paddocku. W kolejnych latach było podobnie. Za granicą się nim zachwycali, a w Polsce cisza. Nikt nie traktował nas poważnie. Mam na myśli Polski Związek Motorowy oraz sponsorów.

Jest pan ciągle tym rozgoryczony?
Już nie. Choć proszę spojrzeć jak wiele krajów na świecie zabiega o to, by zaistnieć w Formule 1. A poszukiwanie talentów, które kiedyś zostaną kierowcami F1, jest najtańszym sposobem, by tam trafić.

Był więc pan zmuszony sam finansować karierę syna. Jak to wyglądało?
W latach 90. trochę łatwiej zarabiało się pieniądze i stać mnie było na to, ale do czasu. Mieliśmy szczęście, że po trzech wyścigach we Włoszech dostaliśmy propozycję od firmy CRG, jednego z największych producentów silników i podwozi kartingowych na świecie, by 13-letni wówczas Robert został kierowcą fabrycznym. Nie musiałem już inwestować w sprzęt, mechaników, wyjazdy.

Jak czuje się ojciec, który rozstaje się na dłużej z 13-letnim synem?
Wtedy jeździliśmy jeszcze razem. Rok później Robert zostawał sam, na tydzień, dwa, trzy we Włoszech. A mając 15 lat, na dobre tam zamieszkał.

Niełatwo było się z tym pogodził?
Tak, ale trzeba było wybierać. Jeśli Robert miał się rozwijać jako kierowca, musiał tam startować. W Polsce nie miałby takich możliwości rozwoju.

Gdy odwiedzałem Włochów, u których pana syn mieszkał jako nastolatek, wszyscy podkreślali jego dojrzałość...
To prawda, Robert szybko wydoroślał. Życie go do tego zmusiło. Może dlatego jest teraz trochę zamknięty w sobie. To jest cena tego wyboru.

Dlatego też i nam, dziennikarzom, trudno trafić do niego. Namówić go na otwarcie się. Czujemy trochę niechęci, rozżalenia. Czy to dlatego, że wcześniej było niewielkie zainteresowanie jego karierą?
Pewnie też, ale przede wszystkim Robert stawia sobie wysokie wymagania jeśli chodzi o profesjonalizm. I tak samo traktuje innych ludzi. Obojętnie, czy to są dziennikarze, mechanicy, czy ktoś inny. Dlatego czasami wydaje się, że jest niegrzeczny, bo niechętnie odpowiada na pytania, które według niego są nie na temat lub nie na miejscu. Robert generalnie niechętnie rozmawia z dziennikarzami na tematy inne niż wyścigowe.

A miał kiedykolwiek inne hobby poza wyścigami?
Kopał piłkę, nawet nie najgorzej sobie radził. Jeździł dużo i z wielkim zacięciem na rowerze.

A teraz zdarza się wam rozmawiać na inne niż samochodowe tematy?
Rzadko. Czasami na temat kraju, w którym właśnie się znajduje. I to wszystko. Trudno się dziwić, skoro całego jego życie kręci się wokół Formuły 1.

To na urodziny też pewnie dostał od pana coś związanego z motoryzacją?
A właśnie, że nie. Na ostatnie dostał iPoda.

Jakiej muzyki słucha?
Raczej lekkiej, łatwej i przyjemnej. Wydaje mi się, że najchętniej rocka, choć nie jest fanem jednego gatunku muzyki.

Radzi się jeszcze pana w jakichkolwiek sprawach?
Nie potrzebuje już moich rad. Jest dorosły.

A gdy jeździł w Formule 3 w zespole Muecke Motorsport i nic mu nie wychodziło?
To raczej zespołowi nie wychodziło. Robert nigdy nie zwątpił w swoje umiejętności. Był rozgoryczony, bo mając źle przygotowany samochód czuł się, jakby walił głową w mur. Po tym nieudanym sezonie nastąpił poważny kryzys w jego karierze. Nie bardzo wiedział, co robić. Zastanawiał się nad karierą kierowcy rajdowego, dostał też propozycję ścigania się w Japonii i zaczął się ku temu skłaniać. Ale na szczęście w porę przyszła oferta z zespołu Epsilon Euskadi w formule World Series by Renault. Wybraliśmy ją i życie pokazało, że to była dobra decyzja, bo stamtąd Robert trafił do F1.

To wygranie tej serii otworzyło Robertowi drogę do F1?
Nie bezpośrednio. Nagrodą były testy w bolidzie Renault. To był kluczowy moment. Robert spisał sie świetnie i wówczas pojawił się w zasięgu wzroku wszystkich bossów w Formule 1. Od razu pojawiły się dwie propozycje, jedna z Renault, druga z BMW Sauber.

Dlaczego wybraliście ten drugi zespół?
Bo od razu była mowa o Formule 1. Natomiast w Renault proponowano Robertowi najpierw ściganie w GP 2, a potem rolę testera.

Czyli Flavio Briatore, szef Renault, nie poznał się na talencie Roberta?
Nie do końca. Wprawdzie syn był w programie Renault już cztery lata wcześniej, ale to odbywało się poza zasięgiem Briatore.

A skąd zainteresowanie BMW?
Niemcy szukali kierowcy testowego. Już wtedy było wiadomo, że Jacques Villeneuve nie pojeździ długo w Formule 1. Szefowie zespołu zakładali, że rozstaną się z Kanadyjczykiem po sezonie 2006. Robert zachwycił ich wygrywając World Series by Renault. Kapitalną robotę zrobił również menedżer Roberta, Daniele Morelli, który jest w bliskich kontaktach z Peterem Sauberem, pełniącym w tamtym czasie rolę doradczą w zespole. Sauber uwierzył w potencjał syna. Z kolei Mario Theisen, szef BMW, zwrócił uwagę na Roberta, gdy ten był drugi podczas wyścigu o Grand Prix Makao w Formule 3 pod koniec 2005 roku.

Boi się pan o syna podczas wyścigów?
Nie czuję lęku. Nie dlatego, że Formuła 1 jest obecnie w miarę bezpieczna, bo prędkości są przecież ogromne. Sądzę, że syn ma odpowiednie umiejętności i instynkt, który pozwala mu uniknąć sytuacji niebezpiecznych. Robert nigdy nie miał poważnego wypadku.

Miał, kiedy nie prowadził.
No tak, w 2003 roku, jadąc jako pasażer, miał wypadek i złamał rękę. Lekarze nie dawali mu szans na szybki powrót do ścigania, a on dwa dni po ciężkiej czterogodzinnej operacji, z 20-centymetrową tytanową szyną i kilkunastoma śrubami w ramieniu, zaczął rehabilitację. Wrócił na tor szybciej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i prowadząc bolid jedną ręką wygrał swój pierwszy wyścig w Formule 3!

A co pan powiem tym, którzy już chcieliby widzieć Roberta walczącego o mistrzostwo świata?
Cierpliwości! Niech spojrzą na innych kierowców. Jenson Button, na którego tak liczyli Brytyjczycy, pierwszy wyścig wygrał w 113. starcie i tylko dlatego, że Alonso miał źle przykręcone koło. Drugi przykład - Felipe Massa, który po raz pierwszy zwyciężył, gdy przeszedł do Ferrari. Nick Heidfeld jest siódmy sezon w F1 i wyścigu do tej pory nie wygrał. A wszyscy trzej są postrzegani jako solidni kierowcy.

Nie zazdrości pan Lewisowi Hamiltonowi, który jest w takim miejscu, w jakim wielu chciałoby widzieć Roberta?
Lewis jest bardzo dobrym kierowcą. Był odpowiednio prowadzony przez całą karierę i jeździ w świetnym zespole. Paradoksalnie, ja naprawdę cieszę się, że Hamilton tak dobrze sobie radzi, bo wiem, że Robert jest szybszy od niego.

Ale to Hamilton może być mistrzem w tym roku, a Robert nie.
Spokojnie, poczekajmy. Myślę, że nadejdą takie lata, kiedy będziemy emocjonować się walką o mistrzowski tytuł Roberta, Lewisa i jeszcze być może Nico Rosberga. Takimi wyścigami pasjonowaliśmy się już dziewięć lat temu, gdy ta trójka rywalizowała ze sobą w kartingu. I Robert przeważnie był górą. Doczekamy tego i w F1.

Mamy na to czas, bo zdaje się, że Robert ma kontrakt z BMW do 2010 roku.
Tak, to jest długoterminowy kontrakt. Nie znam szczegółów, ale nawet gdyby doszło do jego przedterminowego rozwiązania, sądzę, że Robert szybko znajdzie miejsce w innym zespole. On ma już mocną pozycję w paddocku.

To kiedy Robert może być mistrzem świata?
BMW rozwija się szybko. Na razie brakuje temu zespołowi jeszcze trochę do najlepszych, ale jeżeli nadal będą robić postępy w takim tempie, to za dwa lata mogą walczyć o mistrzostwo.

Do tej pory jednak, przynajmniej w trzech pierwszych wyścigach sezonu, bolid BMW szwankował. Choć niektórzy twierdzili, że w Australii to Robert zbyt ostro obchodził się ze skrzynią biegów. Dlatego się popsuła.
To są złośliwe głosy laików. Skrzynia jest sterowana elektronicznie i nie da się jej popsuć zbyt mocnym operowaniem manetką przy kierownicy. BMW miało wówczas kłopoty ze skrzynią biegów i złośliwość rzeczy martwych dopadła akurat Roberta.

Robert jechał wtedy na czwartej pozycji. Z wściekłości nie rzucał pan niczym w telewizor?
Nie. Wściekły to byłem w Malezji. Robert był szybszy od Heidfelda i gdyby nie błąd zespołu, który nie zdążył go wypuścić na ostatnie okrążenie podczas kwalifikacji, stałby na starcie przed Niemcem. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać.

Potem była nieszczęsna klapka wlewu paliwa, która się nie zamykała. Pojawiły się spiskowe teorie, że zespół bardziej dba o Heidfelda...
Na szczęście one legły w gruzach w Barcelonie, bo tam pech dopadł Nicka. Chociaż widać było, że zespół robi wszystko, aby skrócić maksymalnie pitstop Heidfelda, po to, by Nick wyjechał przed Robertem.

Nieczęsto jeździ pan na wyścigi syna. Dzwonicie do siebie wymieniając uwagi po zawodach?
Podczas weekendu Grand Prix Robert ma wyłączony telefon, dlatego najwięcej rozmawiam z Danielem Morellim, który jest na miejscu. Z synem kontaktuję się poprzez zdawkowe SMS-y.

A nie ciągnie pana na tor?
Nie tak, jak w czasach kartingowych, kiedy byłem na każdym wyścigu Roberta. W tym roku pojechałem tylko do Barcelony, wybiorę się jeszcze na inne europejskie wyścigi, może do Brazylii.

Trzecie miejsce Roberta na Monzie oglądał pan na żywo?
Niestety, w telewizji, ale łezka w oku i tak się zakręciła.

Dlaczego Robert wyprowadził się do Monako? Ze względu na niższe podatki?
Nie tylko z tego powodu. Po pierwsze jest tam przyjemniejszy klimat, a Robert źle znosi zimę. Po drugie z Monako jest lepsza komunikacja ze światem, a wiadomo, że kierowcy F1 sporo podróżują. Niebagatelną rolę odgrywa fakt, że Kubica jest w Monako zupełnie anonimową osobą, co ułatwia życie, gdy podczas wyczerpującego sezonu wraca się do domu, by wypocząć.

Teraz pewnie rzadziej przyjeżdża do Polski?
Niestety, to prawda. Ale ma tu bliskich. Dlatego czasami przylatuje do Krakowa. Choć ciężko mu tutaj zachować prywatność.

A gdy już przyjeżdża, to oglądacie wyścigi?
Rozmawiamy o nich, ale nie analizujemy ich aż tak szczegółowo. Robert odwiedza rodzinę, znajomych. Ma tu dziewczynę, no i dziadków, do których wpada na ulubione ruskie pierogi.