"Jestem bardzo zaskoczony. Kiedy zobaczyłem, że w telefonie wyświetla mi się numer Leo Beenhakkera, byłem w szoku. Naprawdę żal mi Kuby Błaszczykowskiego" - mówi Łukasz Piszczek, którego w trybie awaryjnym ściąga do Bad Waltersdorf trener. Piszczek dołączy do kolegów na trzy dni przed meczem z Niemcami. Na zgrupowanie doleci prosto z Rodos, gdzie był na wakacjach.
Kiedy Beenhakker dzwonił do Piszczka, ten... wylegiwał się właśnie na wyspie Rodos, korzystając z uroków urlopu. "Selekcjoner pytał mnie, co robiłem przez ostatnie tygodnie. Czy pracowałem nad formą, czy leniuchowałem" - mówi DZIENNIKOWI piłkarz.
Mimo że Piszczek nie znalazł się nawet w grupie 26 piłkarzy, którzy pojechali do Donaueschingen, to właśnie na niego postawił Beenhakker. "Trener chciał skrzydłowego, a ja właśnie na tej pozycji grałem w Hercie i reprezentacji" - tłumaczy tę decyzję sam piłkarz, który po telefonie od Beenhakkera od razu zadzwonił do rodziców i pochwalił się im, że jedzie na Euro.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|