"Zasłaniasz prawie całą bramkę, to jak mam ci strzelić gola? Ale ty masz chwyt chłopie! Nigdy nie wypuszczasz piłki z ręki?" - strzelający Marcinowi Gortatowi Lukas Podolski nie mógł się nadziwić, że tak rzadko trafia do siatki. Zdumieni byli też dziennikarze telewizji "RTL", którzy wymyślili spotkanie dwóch Polaków na otwartym stadionie 1. FC Koeln. Wiedzieli, że gwiazda ich drużyny koszykarskiej umie bronić, ale nie spodziewali się, że będzie aż tak dobry. No cóż, sportowym idolem Gortata był przecież Peter Schmeichel...

"Oj, jeszcze wiele osób się zdziwi w najbliższym czasie. Najbardziej ci, którzy stawiali na mnie krzyżyk w Polsce, którzy mówili, że nic nie osiągnę i pukali się w czoło, gdy podejmowałem decyzję o pierwszym wyjeździe do Ameryki" - mówił DZIENNIKOWI rok temu Marcin Gortat. I teraz widać, że miał rację. Jego kontrakt z Orlando Magic, gwarantujący zarobek 1,1 mln dolarów w dwa lata jest już gotowy do podpisu, a w szatni byłego klubu Shaquille’a O'Neal’a czeka szafka z numerem trzynaście i nazwiskiem trzeciego polskiego koszykarza, który zagra w najlepszej koszykarskiej lidze świata.

" Za trzy lata chcę być w NBA. Albo inaczej: będę w NBA" - mówił mi Gortat ponad 5 lat temu. Był wtedy niezbyt znanym w Polsce drugoligowym koszykarzem Łódzkiego Klubu Sportowego, który mógł się wprawdzie pochwalić słusznym wzrostem (obecnie 214 cm), ale umiejętności nie miał żadnych. Nie mógł zresztą mieć, bo wcześniej przez kilka lat trenował piłkę nożną. Nic więc dziwnego, że jego deklarację potraktowałem jako czczą przechwałkę młokosa.

Lepiej było tego nie robić. Parę miesięcy po naszej rozmowie Gortata wykupiło RheinEnergie Koeln, a krótko potem Polaka wybrali w drugiej rundzie draftu szefowie Phoenix Suns, by szybko oddać go do Orlando. Numer 57, z którym wziął Gortata zespół z Arizony, polski środkowy uważa za bardzo ważny do dziś. Wytatuował go sobie nawet na ramieniu...

"Mam jeszcze dwa tatuaże. Na jednym jest Michael Jordan, by wszyscy od razu wiedzieli, czym się zajmuję, zamiast wypytywać bez sensu, czy uprawiam jakiś sport. Na drugim jest... gremlin, strasznie agresywne stworzenie. Ja też chcę być taki agresywny pod oboma koszami" - wyjaśnia Gortat, który w niemieckiej Kolonii, gdzie spędził ostatnie cztery lata, stał się czołowym centrem w Europie. Patrząc, z jaką łatwością mija dziś rywali, trudno uwierzyć, że jeszcze w 2002 roku był zdecydowany zostać piłkarskim bramkarzem. Teraz związków z futbolem ma coraz mniej. W Kolonii poznał wprawdzie Łukaszów: Podolskiego i Sinkiewicza, ale grał z nimi tylko raz, na zaproszenie niemieckiej telewizji.

Sinkiewicz chodził na mecze RheinEnergie, a po nich dwóm Polakom czasem zdarzało się wspólnie zabawić. Po jednej z takich imprez Gortat miał poważne kłopoty. "Jakoś tak wypadło, że dłużej nam razem zeszło się w różnych nocnych klubach. Wezwał mnie wściekły trener Sasza Obradović i powiedział: <Sam nalegałem, żebyś czasem się wyluzował. Ale teraz przesadziłeś. Co ty robisz? Ile masz zer na koncie? Co zrobisz, jak zaczniesz spadać w dół? Zawalisz jeden trening, potem mecz, stracisz miejsce w piątce, pewność siebie, rytm, formę, wszystko... Przez jedną głupią imprezę. Ty musisz wyjść czasami na party, ale trzeba znać umiar> - wściekał się Obradović. Był wielkim zawodnikiem, teraz jest świetnym trenerem i wiem, że miał rację. Nigdy więcej nie miał już zastrzeżeń, co do mojego prowadzenia się" - wspomina Gortat.

Żadnych pretensji do Marcina nie mieli także jego wcześniejsi wychowawcy. Wiesław Nabiałek, trener piłkarskiej drużyny juniorów ŁKS, wspomina swego dawnego bramkarza ze sporym sentymentem. "Żarty typu <powiedz, co tam słychać na górze> znosił z ogromnym spokojem, często bywał duszą towarzystwa. Zespół traktował go jak taką dużą maskotkę. Na każdym zgrupowaniu było też trochę śmiechu przy rozdzielaniu pokoi. Marcin musiał mieć taki, w którym do łóżka można było dostawić fotel, żeby mógł na nim położyć nogi. Nigdzie się nie mieścił" - opowiada DZIENNIKOWI Nabiałek.

Umiejętności piłkarskie Gortata trener Nabiałek ocenia wysoko. "Zdarzało mu się czasem grać w polu i myślę że miał szansę zostać drugim Romanem Wójcickim. Takiego wysokiego stopera nie miałby żaden zespół na świecie! Mógłby też grać w ataku, sporo nawet strzelał. Ale generalnie swój wzrost lepiej wykorzystuje teraz w koszykówce. To że trzeba zmienić dyscyplinę zrozumiał po prestiżowym meczu z Widzewem w lidze juniorów. Nie zdążył złożyć się do piłki kopniętej po ziemi i przegraliśmy 0:1. Bardzo to przeżywał. Był świetny w grze na przedpolu bramki, dośrodkowania potrafił wyłapać jedną ręką, załamując rywali, ale obrona mocnych płaskich strzałów nie była jego silną stroną" - przyznaje Nabiałek, którego trenerzy z koszykarskiej sekcji ŁKS bez przerwy namawiali, by oddał im swojego dryblasa.

Chciał go też do lekkoatletyki Edward Hatala, trener Artura Partyki, bo w wieku 15 lat Gortat skakał wzwyż 192 centymetry. "Powtarzałem im, że przyjdzie na to być może czas, a to, jak nauczy się u mnie chwytać piłkę, nigdy mu nie zaszkodzi. I wyszło na moje!" - cieszy się Nabiałek.

Gortat wyszedł na ludzi, choć nie wszystkim z łódzkich Bałut się to udaje. Ta dzielnica ma złą sławę w całej Polsce. Z Bałut znacznie łatwiej trafić do kryminału niż do poważnego sportu, choć przecież właśnie tutaj działa Start - klub, w którym przygodę ze sportem zaczynał nie tylko Gortat, ale również tak znani trenerzy piłkarscy jak Wojciech Łazarek czy Bogusław Kaczmarek.

"Ja na Bałuty nigdy złego słowa nie dam powiedzieć" - mówi center Magic. "Stamtąd się wywodzę, tam są moje korzenie i tam często wracam, kiedy tylko mogę. Spotykamy się wtedy ze <starą gwardią bałucką>, z chłopakami, z którymi się wychowywałem. Wszyscy charakterni, z własnym zdaniem i honorem. Kozacy" - opowiada Gortat, który często trzymał się ze starszymi od siebie, bo też na starszego wyglądał.

W to środowisko wprowadzał go zresztą jego brat, Filip. "Marcin kiedyś miał strasznego pecha. Co jakaś dziecięca zabawa, to coś złego mu się przytrafiało" -wspomina Filip Gortat. "Przypadkowo oberwał w zęby, guza sobie nabił, nogę skręcił. Jak mu zaproponowali koszulkę z numerem 13., to ją wziął, bo uznał, że i tak żadne nieszczęście go nie ominie. A tu pech się skończył. Postawił wszystko na jedną kartę i wyrwał się na szerokie wody. Ale pozostał sobą. Wszyscy na osiedlu powiedzą, że wciąż jest jednym z nas" - tłumaczy. Filip pytany, jak najkrócej scharakteryzowałby brata mówi: "Nerwus i kozak, dla którego najbardziej liczy się ambicja i honor".

Z Bałut wyniósł przede wszystkim ambicję. "Jak mi coś nie wyjdzie, mógłbym trenować potem całą noc. Kiedyś Koeln przegrało wyraźnie z Bambergiem, a gość, którego pilnowałem, wręcz mnie zdemolował. Zniszczył. Rzucił 18 punktów w 12 minut, a ja zaliczyłem pięć fauli. A następnego dnia nie było treningu... Błagałem trenera, by pozwolił mi przyjść do hali porzucać. Powiedział, że nie ma mowy. Mój indywidualny szkoleniowiec też nie zgodził się wynająć mi po cichu innej hali. A ja chciałem natychmiast wziąć piłkę, zmęczyć się aż do bólu! To były moje najgorsze dwa dni w sezonie. Obejrzałem ten mecz ze 20 razy na wideo, mówiąc do telewizora: nigdy więcej tak mnie chłopie nie ograsz. I dotrzymałem danego sobie słowa" - opowiada.

Jego zamiłowanie do ciężkich treningów wspomina każdy, kto się z nim zetknął. Za to go chwalą, bo za ambicję niektórzy ganią. To ona sprawiała, że Marcin czasami płakał w szatni. Na boisku nigdy mu się to nie zdarzyło. "Podobno tę ambicje ma po mnie, bo ja też nigdy nie pękam. Tylko że ja nie przestraszyłbym się nikogo w ringu, a gdyby rzuciło się na mnie pięciu gości w ciemnej ulicy, wolałbym uciec. A obawiam się, że Marcin ruszyłby nawet na pięciu gości z pałkami" - wzdycha jego ojciec, Janusz Gortat, dwukrotny brązowy medalista igrzysk olimpijskich.

"Kiedyś jeździł ze mną na obozy bokserskie, trenował jak wszyscy. Te umiejętności pewnie też przydają się pod koszem. Nazwisko zresztą także. Dzwonił ostatnio i opowiadał, jak kazano mu w Orlando trochę poćwiczyć z innym koszykarzem, sporym Murzynem. Jak powiedział zakładając rękawice, że jego tata pokonał kiedyś słynnego Leona Spinksa, gość stwierdził, że wolałby zmierzyć się z kimś innym" - śmieje się Gortat senior.

Rodzice - mama, mistrzyni Polski w siatkówkę i ojciec pięściarz - dumni z Marcina byli już wtedy, gdy ten się urodził. Ważył 5 kilo, mierzył 60 centymetrów. Było widać, że będzie bardzo wysoki. "Warunki poparł jednak ciężką pracą. Dlatego zaszedł tak daleko i idzie dalej" - mówi DZIENNIKOWI Janusz Gortat. A jego syn wspomina: "Gdy w 2004 roku pojechałem do Stanów na indywidualne obozy centrów, skauci i trenerzy byli pod wrażeniem mojej szybkości i sprawności ogólnej. Ale w jednym z meczów jeden na jeden zostałem bezlitośnie ograny przez podobno dość przeciętnego gościa. Robił, co chciał, zawieszał mnie w powietrzu, rzucał nade mną i obok mnie" - wspomina Gortat.

"Ale po meczu skauci podeszli do mnie. I on pyta, o co chodzi. Mówi, że przecież mnie ośmieszył. A Amerykanie mu tłumaczą: <Może i tak, ale on się lepiej rusza. Ty masz 24 lata, a on 21 i dopiero od trzech lat trenuje kosza. Wygrałeś dziesięcioma punktami, ale za dwa lata ten Polak ogra cię dwudziestoma. Ty nie osiągniesz jego sprawności nigdy, a jego szybko nauczymy twoich zwodów. Tym bardziej, że widzieliśmy wcześniej, jak on chce ćwiczyć, jak chce się uczyć. Ty przychodzisz na trening, jak do pracy, a on chciałby ćwiczyć cały dzień> I mieli rację ci skauci. Koszykówce podporządkowałem całe życie, myślę tylko o niej" - opowiada nowa "13" Magiców z Orlando.

Pytany go o największe marzenia. "Mieć dom pod miastem, piękną, kochającą żonę, kilkoro dzieci. Rano wychodziłbym przed dom, a tam śpiewałyby ptaki, a las budził się do życia... To jest największe marzenie. Ale żeby je zrealizować, muszę na dłużej zostać w NBA, czyli zrealizować marzenie numer dwa. I zrobię to, zostanę tu na lata, najdłużej z Polaków" - zapowiada.