Ireneusz Jeleń: Nie dzwonił. Z PZPN też nikt nie dzwonił.
Z internetu. I od dziennikarzy. To rzeczywiście dziwne, ale nie chciałbym tego roztrząsać w mediach. Być może na zgrupowaniu spotkam się z selekcjonerem w tej sprawie i wszystko sobie
wyjaśnimy.
Było trudno, ale udało się. Na kadrę pojadę pełen entuzjazmu. Z nadzieją, że zagram. Obojętnie na jakiej pozycji – czy na szpicy, czy na skrzydle.
To wtedy zupełnie inaczej podejdę do tego tematu. Na razie jestem spokojny i mam nadzieję, że nie będzie tak jak po meczu z Ukrainą – że selekcjoner o mnie zapomni na ponad pół
roku. Chciałbym czuć się potrzebny.
A dlaczego miałbym czuć się gorszy? Gram przecież w dobrym zachodnim klubie, w pierwszym składzie. I jeszcze strzelam gole.
Nie wiem. Ale nie mam do niego żalu, nie jestem obrażalski. Raz się ma powołanie, a raz nie. Najwyraźniej to nie był mój czas.
Nie patrzę na to w ten sposób. Najwyraźniej uznał, że ma na mój temat wystarczająco dużo materiałów.
Mam nadzieję, że w moim przypadku będzie inaczej. Nie mogę powiedzieć, że moje relacje z selekcjonerem są złe. Są normalne. Ładnie się z nim przywitam na zgrupowaniu, a potem wezmę się
do ciężkiej pracy.
To mi sprawia frajdę. Fajna sprawa, bo w ostatniej kolejce nie daliśmy pograć mistrzom Francji. Przyjechaliśmy do Lyonu, aby nie przegrać. Potem zdobyłem bramkę i poszło już z górki.
Ja? Czuję się mocno, ale gwiazdą nie jestem. Z drugiej strony fajnie jest udzielić wywiadu kilku poważnym gazetom. Ja po prostu robię to, co do mnie należy - zdobywam bramki. To chyba jeszcze
nie gwiazdorstwo.
Cały wywiad przeczytasz we wtorkowym DZIENNIKU