>>>Teściowa Boruca życzy mu jak najlepiej

Wystarczy spędzić z nim kilka godzin w Glasgow, aby się przekonać, że dla fanów Celtiku jest kimś wyjątkowym. Nie może przejść spokojnie po ulicy, w restauracji kelnerka myli przy nim zamówienia, na dyskotece jakiś kibic "The Bhoys", na oko 40-letni, klęka przed Polakiem i całuje go w rękę. Artur nie lubi takich sytuacji. Zawsze marzył o sławie, lecz teraz chyba go przygniotła. W ostatnim miesiącu piłkarz znalazł się na życiowym zakręcie.

Wszystko zaczęło się od rozstania z żoną Katarzyną. Od lat uchodzili za zgraną parę. Byli ze sobą na dobre i na złe. Długo starali się o dziecko. Gdy w końcu żona bramkarza zaszła w ciążę, doszło do tragedii. Katarzyna poroniła w 2006 r. Artura nie było wówczas przy niej. Grał w mistrzostwach świata w Niemczech. Dzień później stanął między słupkami bramki biało-czerwonych w meczu z Kostaryką. Nie zawiódł.

>>>Ktoś grozi Borucowi śmiercią

W tym roku Katarzyna i Artur zostali rodzicami. Boruc znów nie mógł być przy porodzie, bo Aleks urodził się w czasie finałów Euro 2008. Nasz najlepszy bramkarz nazajutrz po meczu z Austrią poleciał na dzień do Polski, by zobaczyć się z żoną i synkiem. Nikt nie wiedział jeszcze, że jego związek z żoną praktycznie już się rozpadł. Od tamtego czasu rodzice Aleksa widzieli się tylko kilka razy. Katarzyna opuściła Glasgow i wróciła do Siedlec do swoich rodziców. Odcięła się tam od całego świata. Wniosła pozew o rozwód. Na pewno jednak wpadły jej w ręce bulwarówki ze zdjęciami męża...

Boruc stał się bowiem częstym gościem prasy plotkarskiej. Związał się z Sarą Mannei - poznaną w Glasgow Polką, byłą uczestniczką programu "Idol". Brytyjscy dziennikarze odkryli, że jest ona żoną poznańskiego mafiosa odsiadującego akurat wyrok. Zaraz po tym, jak w tabloidach ukazały się zdjęcia Artura z Sarą, do piłkarza zaczęły przychodzić listy z pogróżkami. Ktoś groził Borucowi śmiercią.

>>>Celtic rozgrzesza Boruca

Miał dać upust emocjom

Boruc już kiedyś miał kłopoty ze zdobytą zbyt szybko popularnością. Tak było po transferze z Pogoni Siedlce do Legii Warszawa. Boruc miał wtedy 17 lat. "Zachłysnąłem się tym, że trafiłem do wielkiej Legii. Siedzenia na ławce takiego klubu było dla mnie spełnieniem marzeń. W którymś momencie się pogubiłem. Dodatkowo wciągnęła mnie warszawka. Cieszyło mnie to, że wychodzę do knajpy i widzę kogoś znanego" - wspominał.

Po meczu z Wisłą Kraków, kiedy na dobre wskoczył do bramki Legii, wracając do domu usłyszał w radiu relację z zakończonego spotkania. "Boruc staje się coraz pewniejszym punktem Legii" - powiedział spiker, a Artur zatrzymał samochód na warszawskim rondzie de Gaulla. Wysiadł z auta i zaczął… krzyczeć z całych sił. "Musiałem dać upust emocjom" - powiedział potem.

Zawsze był impulsywny. "Pamiętam, jak graliśmy wyjazdowy mecz w europejskich pucharach z Valencią. Zwyczajem jest, że pierwsi na rozgrzewkę wychodzą bramkarze. Artur był rezerwowym. Kiedy pojawiliśmy się na boisku, rozległo się takie buczenie, że ciarki przechodziły po plecach. Potem każdemu kontaktowi chłopaków z piłką towarzyszyły deprymujące gwizdy. Artur nie wytrzymał. Miał strzelać na bramkę, ale <przypadkowo> w nią nie trafił. Walnął z całej siły, piłka poleciała w trybuny i złamała krzesełko. Gdyby trafił jakiegoś kibica, zrobiłby mu krzywdę. Ludzie na stadionie nabrali respektu i od tej pory mogliśmy rozgrzewać się w spokojniejszej atmosferze" - opowiada Krzysztof Dowhań, trener bramkarzy Legii, któremu Boruc zawdzięcza najwięcej.

Innym razem Polak… dusił swojego kolegę z drużyny. W przerwie meczu Celtiku Glasgow ze Spartakiem Moskwa. Boruc był bohaterem, bronił jak w transie. Miał jednak wiele roboty przez proste błędy kolegów. Schodząc do szatni, doskoczył do Lee Naylora i złapał go za szyję. Piłkarzy musieli rozdzielać ich koledzy z Celtiku. 60 tys. ludzi na stadionie najpierw z konsternacją przyglądało się boiskowej awanturze, a potem zgodnie ryknęło: "There is only one Artur Boruc…". 1,5 godziny później Boruc był bohaterem. Obronił dwa rzuty karne, gwarantując Celtikowi awans do Ligi Mistrzów i dodatkowe miliony euro na koncie.

Fani Celtiku kochają jego impulsywność, bezpośredniość. Także to, że nie boi się zachować kontrowersyjnie podczas pojedynków z odwiecznym lokalnym rywalem - Glasgow Rangers. Derby katolickiego Celtiku z protestanckimi Rangersami to długa historia sama w sobie. Dzięki Borucowi jeszcze bardziej pikantna. Zaczęło się od wyprostowanego środkowego palca pokazanego najzagorzalszym fanom Rangersów. Później było bieganie z flagą Celtiku na boisku rywala i podburzanie rozjuszonego tłumu. Innym razem Boruc pojawił się na boisku w koszulce ze zdjęciem Jana Pawła II i napisem "God bless the Pope". To wtedy u fanów swojej drużyny zyskał przydomek "Holy Goalie" - taki okrzyk intonowany jest na Celtic Park przy okazji każdej udanej interwencji Polaka. Boruc drażnił też konkurentów, wykonując przed meczem na ich stadionie znak krzyża. Prokuratura badała sprawę pół roku, lecz ostatecznie zrezygnowała ze wszczęcia postępowania. O jego koszulce z wizerunkiem Jana Pawła II dyskutował nawet brytyjski parlament. Boruc otrzymywał wówczas pogróżki od protestanckich fundamentalistów.

Papierosy i alkohol? Czemu nie...

Do impulsywności dochodzi upodobanie do rozrywkowego trybu życia. Boruc nie ukrywa, że lubi dobrą zabawę. Widok bramkarza z papierosem w ustach nie dziwi już nikogo. "To, co robię w wolnym czasie, nie powinno nikogo interesować" - powtarza. Tak bronił się po meczu reprezentacji Polski z Ukrainą we Lwowie, kiedy wraz z dwoma innymi kadrowiczami został przyłapany na piciu alkoholu w hotelu. Za karę Leo Beenhakker pominął go przy powołaniach na dwa kolejne mecze biało-czerwonych.

>>>Boruc rozrabia, ale i tak jest najlepszy

Kiedy w zeszłym miesiącu leczył w Polsce kontuzję, zamiast wypoczywać, bawił się z kolegami i kibicami warszawskiej Legii. Paparazzi zrobili mu zdjęcia z piwem i cygarem. W Celtiku nikt nie robił mu z tego powodu wyrzutów. Gdy dziennikarze spytali trenera Gordona Strachana, czy ukara Boruca, ten powiedział: "Artur pojechał odpocząć. Jeśli piwo pomaga mu się zrelaksować, to ja nie mam nic przeciwko temu".

Może był to sposób na niezadrażnianie sytuacji między trenerem a bardzo cennym dla klubu bramkarzem. Wcześniej, po zgrupowaniu Celtiku w Holandii, Boruc musiał zapłacić 50 tys. funtów za pijaństwo w hotelu. Innym razem Strachan uczynił go pośmiewiskiem drużyny. Po wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów z Milanem bramkarza w hotelu odwiedzili jego znajomi z Polski. Całe towarzystwo ruszyło w miasto, zabawa skończyła się nad ranem. Polak zaspał na poranną zbiórkę. Trener zarządził wyjazd autokarem na lotnisko bez swojego najlepszego zawodnika. Spóźniony Boruc musiał gonić kolegów taksówką. Zdążył w ostatniej chwili, gdy piłkarze Celtiku byli już odprawiani.

Dziś jego forma i życie prywatne stały się tematami narodowej dyskusji. Wszyscy pytają, czy miał prawo zostawić żonę i kilkumiesięczne dziecko. Znajomi bramkarza twierdzą, że już od dłuższego czasu w jego małżeństwie nie działo się najlepiej. Z samotnie wychowującą dziecko Sarą Boruc czuje się dużo lepiej niż ze spokojną Katarzyną, która z wykształcenia jest psychologiem. Bramkarz już raczej nie wróci do żony. Ostatnio usunął nawet jej wszystkie zdjęcia ze swej oficjalnej strony internetowej. Potępia go za to konserwatywna część kibiców Celtiku. Uważają, że odchodząc od żony, zhańbił dobre imię klubu. A jeszcze kilka miesięcy temu każdy fan jego zespołu dałby się za niego pokroić. Byli dumni ze swojego bramkarza, szczególnie po incydencie sprzed dwóch lat, kiedy Boruc obronił ciężarną Polkę przed dwoma bandytami.

Czy Boruc pójdzie drogą innych wielkich piłkarzy, np. George’a Besta czy Paula Gascoigne’a, którzy czarowali talentem, a potem tracili go nad kieliszkiem? W historii było sporo podobnych upadków, także w Polsce Artur znalazłby wielu poprzedników. Na razie ma 28 lat i pod względem sportowym może jeszcze wszystko. Może grać w największych klubach, może wygrywać ważne mecze. Czy będzie mu się chciało?