W niedzielę 5 lipca na torze służewieckim w Warszawie szesnaście trzyletnich koni pełnej krwi angielskiej ruszy ze startboksów do derby, najważniejszej gonitwy w wyścigowym sezonie. Po pokonaniu dystansu 2400 metrów jej zwycięzca udekorowany zostanie błękitną wstęgą. Zdobędzie 70 tys. zł dla właściciela. Zajmie także trwałe miejsce w 170-letniej historii polskich wyścigów konnych.

Reklama

W gonitwie nie weźmie udziału żaden z 41 koni będących własnością brytyjskiej królowej. Elżbieta II ma kłopoty. Po wyścigu na torze w Huntingdon u należącej do niej sześcioletniej klaczy Moonlit Path wykryto środek dopingujący.

Jawa lub sen

"Z dwunastu derby wygranych w Polsce i zagranicą najbardziej wspominam te pierwsze, w roku 1964 na klaczy Demona" - zwierza się czempion dżokejów, triumfator 1700 gonitw Mieczysław Mełnicki. "Ta kobyła rozumiała wszystko. Nie umiała tylko mówić. Kiedy do stajni przyszedł dyrektor toru i chciał ją nagrodzić kostką cukru, odwróciła się. A mówią, że konie nie myślą... Wygraliśmy razem czternaście gonitw. Uderzyłem ją w wyścigu batem tylko raz. Przez mój błąd. Strasznie potem płakałem... Nie wiedziałem, że koń tak długo pamiętać może człowieka. Gdy po roku pojechałem odwiedzić ją w stadninie Moszna, pasła się akurat w grupie trzydziestu źrebnych klaczy na łące oddalonej o dobre 600 metrów. Nie wytrzymałem i z całych sił krzyknąłem: „Demona!”. Uniosła głowę. Krzyknąłem raz jeszcze. Wtedy przybiegła i przytuliła mi się do ramienia... Dziś ma w tej stadninie pomnik".

Na wyścigowych torach świata biega 250 tysięcy koni. Wartość puli nagród dla ich właścicieli wynosi w sezonie 2,5 mld euro. Na tegoroczne angielskie derby w Epsom, których zwycięzca zgarnął 700 tys. funtów, przybyło 149 tysięcy widzów. Podobna liczba osób przychodzi na amerykańskie Kentucky Derby oraz derby w Tokio.

W czasach PRL-u cała Warszawa chłonęła nastrój zbliżających się derby z wielkich, kolorowych plakatów, pokrywających słupy ogłoszeń. A na torze 40-tysięczne tłumy przyciągała umieszczona przy padoku reklama... kurczaków, które wywiało wtedy ze sklepów. Dziś drobiu mamy dostatek, mury miasta zdobią podobizny polityków, a widzów na wyścigach zadziwia brak reklam. W rezultacie amatorzy końskiego sportu królów przegrywają frekwencyjnie z publicznością zgromadzoną w Łazienkach Królewskich na niedzielnych koncertach pod pomnikiem Chopina. Zaciera ręce minister kultury.

W depresję popadł za to minister finansów. W skali globu gracze postawili w ubiegłym roku na wyścigach 90 miliardów euro. W Polsce tylko 8 milionów złotych. Nic zatem dziwnego, że podczas gdy po drugiej stronie Bałtyku ktoś w Malmoe zainkasował w totalizatorze rekordową wygraną 21,33 mln szwedzkich koron (równowartość 8,788 mln zł), w Polsce trzeba było się zadowolić najwyższą wypłatą w kwocie 52 035 zł.

Fakty i mity

Ogromne wygrane to nie tylko wypadkowa szczęścia. Bawiący w 2000 roku z wizytą w Polsce prezes angielskiego Związku Hodowców Koni Nigel Elwes zwrócił uwagę, że wielkie obroty w zakładach o wyniki gonitw w jego kraju zbudowane są na trwałej opinii o ich rzetelności. Już w roku 1791 doszło w Wielkiej Brytanii do symptomatycznego i brzemiennego dla wyścigowej tradycji wydarzenia. Król Jerzy IV, który trzy lata wcześniej jako pierwszy monarcha wygrał derby własnym ogierem Sir Thomas, ulec musiał bezwzględnej pryncypialności sędziów wyścigowych. Nie bacząc na głośne protesty króla, stewardzi pozbawili dożywotnio licencji jeździeckiej jego najlepszego dżokeja Sama Chifneya za celową porażkę na koniu Escape.

W opublikowanych właśnie wynikach kontroli na Służewcu do źródłowych przyczyn finansowego krachu wyścigów Najwyższa Izba Kontroli zaliczyć musiała „liczne przypadki podejrzeń o ustawianie wyników gonitw, co zniechęciło widzów do ich oglądania oraz do udziału w zakładach wzajemnych”.

W państwach o ugruntowanej kulturze wyścigowej posiadanie wierzchowców nobilituje. Nieobecność rodziny królewskiej na mityngu Royal Ascot byłaby wprost niewyobrażalna. Stąd tylko krok do oczywistego, bezpośredniego zainteresowania wyścigami arystokracji, gwiazd świata sportu czy show-biznesu. W Polsce ostatnimi, rozpoznawalnymi publicznie osobami, które posiadały na Służewcu konie wyścigowe, byli w połowie lat 90. XX wieku Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski.

Pryska również mit o przysłowiowym „końskim zdrowiu”. "Konie wyścigowe, mimo półtonowej masy, to delikatne stworzenia" - ujawnia doktor weterynarii Jan Samsel. "Najczęściej doznają kulawizn, kontuzji ścięgien, stanów zapalnych mięśni oraz infekcji układu oddechowego. Rzadko zdarza się uratować konia ze złamaniem kości uda, podudzia, ramienia i podramienia. Nie poddają się leczeniu złamania otwarte. Mają one miejsce średnio trzy lub cztery razy w sezonie. Wtedy nie ma wyjścia. Aby koń mniej cierpiał, podajemy mu od razu na bieżni toru środki przeciwbólowe i uspokajające. Potem, nie chcąc serwować publiczności widoku umierającego zwierzęcia, transportujemy go do naszego szpitala. Tam dostaje dożylnie środki nasenne, po których kładzie się i zasypia. A po upływie kilku minut ustaje jego oddech i akcja serca".

Bomba w górę

Tymczasem Totalizator Sportowy, organizator wyścigów na wpisanym do rejestru zabytków torze służewieckim, przygotowuje się do derby pełną parą. Próbę generalną przeprowadzono 6 czerwca. Wypadła niezbyt okazale. Gonitwa czwarta o puchar prezesa firmy, rozgrywana z okazji 70-lecia toru, została symbolicznie uhonorowana półgodzinną zapaścią komputerowego systemu totalizatora. Antrakt wykorzystano na hipnotyzowanie publiczności za pośrednictwem megafonów rzewnymi przebojami z lat 50. Po gonitwie szóstej tylko rozpaczliwe gwizdy kibiców storpedowały próbę udekorowania przeznaczoną dla zwycięzcy nagrodą „Wolnej Polski” ogiera Rubin, który minął celownik zaledwie jako drugi. W tym samym czasie wyjątkowe zdolności parodystyczne wykazała klacz Taganana, zataczając się na padoku, dzięki czemu w ostatniej chwili udało się wycofać oprowadzającego ją stajennego, który chuchał kobyle w nozdrza alkoholem. Spadł rzęsisty deszcz. Na podłodze parteru trybuny głównej powstało potężne bajoro.

Odpowiedzialność za nadzór nad sposobem zarządzania majątkiem toru, wartym ponad miliard dolarów, ponosi minister Skarbu Państwa. Zdumiewa więc brak jego jakiejkolwiek reakcji na najnowsze ustalenia Najwyższej Izby Kontroli. W szczególności na stwierdzenie, że prezes Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, który w imieniu Skarbu Państwa sprawuje pieczę nad torem, nie tylko nie podjął żadnych działań dla poprawy stanu technicznego jego obiektów, ale nie dokonywał nawet ich okresowych przeglądów. Stan ten NIK określiła jako nierzetelność, niegospodarność i nielegalność. Prokurator robi w biurku miejsce na akta nowej sprawy.

Reklama

Kto wygra w tym roku polskie derby? Planowany przebieg gonitwy ustalają już ponoć szeptem konie.