W poniedziałek Duńska Federacja Piłki Ręcznej (DHF) zagroziła, że jest gotowa rozegrać mistrzostwa nawet bez zgody rządu, ponieważ stosuje ostrzejszy protokół epidemiologiczny niż ten obowiązujący w kraju.

Reklama

Jeżeli w kraju czynne są wesołe miasteczka i ogrody zoologiczne, to my możemy rozegrać turniej z ograniczeniem do 200 osób na trybunach. Stosujemy się do tak ostrych wytycznych dotyczących pandemii koronawirusa, że w sumie nie potrzebujemy zgody rządu, który na 10 dni przed rozpoczęciem ME po tchórzowsku milczy i w ten sposób traktuje nas niepoważnie - mówił prezes DHF Per Bertelsen.

Wyjaśnił, że DHF od 16 listopada i decyzji Norwegii o wycofaniu się pracowała przez ostatni tydzień wyjątkowo intensywnie. W kilka dni wykonaliśmy pracę, na którą zwykle poświęca się rok. Zawarliśmy umowę z Kolding, zarezerwowaliśmy bilety lotnicze dla oficjeli, działaczy i sędziów oraz bezpieczne zakwaterowanie w trzech miastach - Herning, Kolding i Silkeborg - dodał.

Już w dwie godziny po wypowiedzi Bertelsena ministerstwo zdrowia wydało zgodę na rozegranie ME, co potwierdził minister kultury i sportu Joy Mogensen.

Ostatni tydzień był ekstremalnym wyzwaniem w tych i tak już trudnych czasach. Elastyczność i wysiłki prezesa duńskiego federacji Pera Bertelsena i sekretarza generalnego Mortena Stiga Christensena w przewodzeniu ich zmotywowanemu sztabowi w tym czasie są nie do przecenienia. Zwłaszcza jeśli chodzi o stworzenie bezpiecznego środowiska dla wszystkich zaangażowanych w prace przy drugiej, całkiem nowej arenie tych mistrzostw - podkreślił cytowany w komunikacie szef EHF Michael Wiederer.

Po wycofaniu się Norwegii, grupy C i D, w której grają Polki, zostały przeniesione z Trondheim do duńskiego Kolding, a A i B rozegrają swoje mecze w Herning, gdzie odbędzie się też runda finałowa.

W pierwszym meczu turnieju 3 grudnia Polki zmierzą się w Kolding z Norweżkami. Pozostałymi rywalkami biało-czerwonych w grupie będą Rumunki i Niemki.