Nie podjęłam tej decyzji pod wpływem emocji. Miałam to wszystko dokładnie przemyślane. Nawet gdybym pojechała do Halle, bez względu na wynik, jaki osiągnęłaby tam nasza drużyna, ten
turniej miał być momentem zakończenia mojej kariery reprezentacyjnej.
To już nie miało dla mnie żadnego znaczenia.
Nie.
Jeszcze do niedawna mówił we wszystkich wywiadach, że mu potrzebna zawodniczka taka jak ja, czyli osoba z mentalnością zwycięzcy. Do końca nic nie wskazywało na to, że będzie inaczej. Ale
Bonitta to człowiek, który wiele razy robił podobne rzeczy. Kiedy był selekcjonerem Włoch, dzień przed wyjazdem na igrzyska w Atenach poinformował Simonę Gioli, że ona na te igrzyska nie
jedzie. Kilka razy powoływał i w ostatniej chwili rezygnował z Maurizii Cacciatori. To jest właśnie taki człowiek.
Może i tak. Ale to już za mną. Nie czuję się zawiedziona, chociaż wiem, że niewiele osób mi uwierzy. Przeciwnie, jestem osobą bardzo szczęśliwą. Przez 20 lat reprezentowałam Polskę we
wszystkich kategoriach wiekowych. Starałam się dostarczyć wielu emocji i nigdy nikogo nie zawieść. A dziś pewien etap w mojej karierze się kończy. Wreszcie będę spokojniejsza, skończą
się ciągłe podróże, stres, presja, rozłąką z najbliższymi i brak czasu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Wolałabym nie porównywać tych dwóch zespołów. Nie chcę, żeby ludzie pomyśleli, że chcę się odegrać. Bonitta jest dobrym trenerem. Po prostu ma swoją koncepcję na pracę z tym
zespołem. Może przyszedł czas, żeby młodsze zawodniczki zastąpiły te starsze.
Przecież mam jeszcze karierę klubową. Będę grać, jak długo siatkówka będzie sprawiała mi przyjemność, ktoś będzie chciał ze mną współpracować, a kibice oglądać. Tylko już nie w
koszulce biało-czerwonej.
I nie zrezygnuję. Pojadę tam jako kibic i turystka - spokojnie i na luzie. Nie muszę już o to walczyć, nie będę miała więcej nieprzespanych nocy po przegranych meczach, nie będę musiała
godzinami analizować tych porażek. To wielka ulga. Razem z Markiem Brandtem, moim partnerem życiowym, już zabieramy się do załatwiania akredytacji do Pekinu.
To dwie zupełnie inne sprawy i nie ma żadnego powodu, żeby je łączyć.