Maria Andrejczyk uzyskała w drugiej próbie 64,61 m i to właśnie ten rezultat dał jej olimpijski krążek.
- podkreśliła.
Na pytanie, czego jej zabrakło podczas piątkowego finału rywalizacji na Stadionie Olimpijskim w stolicy Japonii, odparła, że wszystkiego po trochu.
Wywalczyła medal z "porozrywanym barkiem"
- zaznaczyła.
Przypomniała kilkakrotnie też, że nie jest w pełni zdrowa - naderwany jakiś czas temu mięsień jeszcze się nie zagoił.
- skwitowała.
Jak dodała, trudno jej się było odnaleźć podczas finału.
- podsumowała pochodząca z Suwałk zawodniczka.
W braku wiary odnalazła motywację
Stwierdziła ona, że słowo "dramatycznie" najlepiej odzwierciedla to, co przeszła przez ostatnie pięć lat.
- wspominała Andrejczyk.
Następnie dodała, że musi podziękować tym osobom.
- wskazała, nawiązując do majowego startu, w którym ustanowiła rekord Polski.
Kiepski moment na kontuzję
Czwarta zawodniczka igrzysk w Rio de Janeiro wróciła też do sprawy urazu, z którym nadal się boryka. Przyznała, że obawiała się, iż wykluczy on ją ze startu w Tokio.
- oceniła.
Podkreśliła też, że jest uparta i będzie walczyć o swoje cele, dopóki nie poczuje satysfakcji i spełnienia.
- dodała obrazowo.
Mocne wsparcie z trybun
Popularną Majkę z trybun dopingowała wielka grupa polskich lekkoatletów. Wszyscy głośno i żywiołowo wspierali ją w walce o marzenia.
- podsumowała.
Niezbędny jest fizjoterapeuta
Andrejczyk ma świadomość, że olimpijski krążek wywalczony w nie najlepszej dyspozycji fizycznej wzmocni ją psychicznie. Jak dodała, liczy też na zyskanie stałej opieki fizjoterapeutycznej.
- zaznaczyła.
Argumentowała, że rzut oszczepem to najbardziej kontuzjogenna konkurencja lekkoatletyczna.
- podkreśliła.
Medal pójdzie na licytację
Na koniec zaś poinformowała o tym, co zamierza zrobić z wywalczonym w piątek krążkiem.
- stwierdziła.