Na tron mistrzowski wróciła 30 listopada. W pojedynku rozgrywanym w Rydze pokonała utytułowaną reprezentantkę gospodarzy Zoję Golubevą 58:50. Do tytułu wystarczał jej remis w ostatniej, dziewiątej rundzie i taki właśnie wynik udało się osiągnąć. Mecz trwał od 19 listopada, kiedy pierwszą rundę wygrała Golubeva, potem to jednak Polka dominowała i za zwycięstwo otrzymała 10 tysięcy euro nagrody.

Pochodząca z białoruskiego Mińska 51-letnia Łotyszka to legenda tej dyscypliny - aż 16-krotnie zdobyła tytuł mistrzyni świata.

"Wszyscy ją znają. Ciężko znaleźć kogoś, kto miałby tyle tytułów w jakiejkolwiek dyscyplinie. Do tej pory w warcabach nie było lepszej od Golubevej. Moja przeciwniczka ma córkę w moim wieku. Już sama myśl, że ją pokonałam była dla mnie naprawdę czymś niesamowitym. Może trochę przesadzę z porównaniem, ale to tak jakby piłkarze Legii Warszawa ograli Real Madryt. Z pewnością moim atutem była młodość, kondycja fizyczna, a jej - wieloletnie doświadczenie" - powiedziała PAP Sadowska.

Dla bliżej zainteresowanych warcabami stupolowymi rozstrzygnięcie tego meczu młodości z doświadczeniem nie było jednak jakąś super niespodzianką. W typowaniach na specjalistycznych portalach procentowe proporcje układały się jak 52:48 na korzyść Golubevej. Statystyki poprzednich bezpośrednich pojedynków wskazywały 54:46 dla Łotyszki.

"W ostatnich latach dużo pracowałam, żeby przybliżyć się do czołówki. Moja silna strona to atak. Z trenerem kładliśmy szczególnie akcent na walkę o centrum, bardzo aktywną grę. Zawsze lubiłam styl agresywny. Mój porównywano do męskiego. Nigdy nie lubiłam nudnych ani spokojnych pozycji" - podkreśliła.

Do gry o tron zbliżyła się w 2015 r., gdy w chińskim Wuhan wywalczyła srebrny medal. Rok później triumfowała w Karpaczu. W warcabach system jest taki, że w jednym sezonie rozgrywany jest mecz o tytuł, a w kolejnym gra o niego systemem kołowym 16 czołowych zawodniczek. Polka straciła mistrzostwo w 2017, gdy w turnieju w Tallinnie zajęła czwarte miejsce, ale miała prawo do gry o koronę z jego zwyciężczynią - Golubevą.

Trenerem Sadowskiej i polskiej kadry narodowej jest Białorusin Eugeniusz Watutin, znany autor książek warcabowych. Kilka razy w roku przyjeżdża na kilkudniową sesję treningową do Warszawy albo zawodniczka leci do Mińska.

"W pewnym momencie zaczął trochę temperować moją grę. Mówił, że z Zoją jesteśmy podobne ze względu na charakter i na styl rywalizacji, że jesteśmy +chuligankami+ i lubimy agresywną grę. Moje sukcesy wzięły się chyba z tego, że nie bałam się ataku. Co ciekawe, panieńskie nazwisko urodzonej na Białorusi i zamężnej z obywatelem Łotwy Golubevej to... Sadowska. Przed naszym meczem kibice pisali +Sadowska kontra Sadowska+. Zoja ma zresztą siostrę bliźniaczkę, która nie wyszła za mąż i nadal jest Olgą Sadowską" - wspomniała.

Skąd się wzięło zainteresowanie warcabami?

"Grywałam w nie z dziadkiem i tatą. W dobie bez komputerów i smartfonów gry planszowe były w każdym domu. Dla mnie to była główna rozrywka. Pewnego dnia w mojej szkole podstawowej zorganizowano turniej. Przydało się to granie w domu, bo okazałam się najlepsza wśród dziewczynek. Z czasem wspinałam się na coraz wyższe szczeble: gminy, powiatu, województwa, kraju" - tłumaczyła.

Rodzinna miejscowość Natalii to wieś Windyki. Tam przyszła mistrzyni świata chodziła do szkoły podstawowej, potem dojeżdżała do liceum w odległej o kilka kilometrów Mławie. Studiowała w Warszawie w Akademii Obrony Narodowej na wydziale bezpieczeństwa narodowego, kierunek bezpieczeństwo wewnętrzne. W 2015 roku obroniła pracę magisterską na temat "Bezpieczeństwo publiczności na Stadionie Narodowym w Warszawie".

W wyuczonej profesji nie pracuje, jej zawód to... warcabistka. Jeżdżąc na międzynarodowe turnieje, a takich podróży jest 10-15 w roku, odwiedziła już ponad 20 krajów. Najciekawsze były eskapady do Chin, Mongolii, a szczególnie Surinamu w Ameryce Południowej. "Jestem biała i blondynka, więc w takich krajach od razu zainteresowanie mediów jest większe" - przyznała z uśmiechem.

Szachy? "To jak z siatkarzem. Może ma on predyspozycje do bycia koszykarzem, ale nie ma czasu albo pewnie nawet o tym nie myśli. Podobnie było ze mną. Już się wgłębiłam w warcaby, co też pochłaniało dużo czasu, w dodatku studiowałam, więc trudno było myśleć o czymś innym. Nie można jednak powiedzieć, że żałuję. W szachy umiem grać, ale raczej słabo".

W warcabach, jak w szachach, wielką rolę odgrywa teoria: otwarcie, warianty obrony, ataku. Zawodnik z ambicjami musi znać fachową literaturę, zwłaszcza rosyjskojęzyczną.

"Mamy mnóstwo książek o warcabach. Trzeba cały czas trenować, czytać i analizować fachowe publikacje. Dziś są też programy komputerowe, które pomagają rozpracowywać dane warianty, szukać optymalnych ruchów" - dodała.

Od lat światową czołówkę w warcabach stupolowych tworzą kraje byłego Związku Radzieckiego i zachodni rodzynek - Holandia.

W rankingu międzynarodowym Sadowska jest najwyżej klasyfikowanym reprezentantem Polski. "Kolokwialnie można powiedzieć, że jestem też najlepszym mężczyzną w kraju" – śmiała się.

Potwierdziła to w tym roku, stając się pierwszą kobietą, która zwyciężyła w mistrzostwach kraju open. Na początku lipca w Szczecinie o tytuł walczyła dwunastka najlepszych, wśród nich trzy kobiety. I wszystkie stanęły na podium. Druga była Arleta Flisikowska (Zuch Rychlik), a trzecia Marta Bańkowska (UKS Struga Marki).

"Przeszłyśmy do historii, nie tylko w skali kraju. Znany jest jeszcze tylko jeden taki przypadek, gdy mistrzynią Białorusi została moja o rok młodsza koleżanka, ale kobiecego podium nie było nigdzie" - zauważyła.

Poza warcabami interesuje się wszystkim po trochu. Na pewno sportem.

"Jestem kibicem piłkarzy Barcelony, chociaż ostatnio, w związku z meczem w Rydze, trochę ich zaniedbałam. Kiedyś uważniej obserwowałam Legię, ale wolę jednak oglądać ligę hiszpańską bądź angielską. Ogólnie podobają mi się wszystkie sporty. Sama bardzo lubiłam koszykówkę, ale to było w liceum na zajęciach SKS. Mam tylko 165 cm wzrostu, więc i tak nic z tego by nie było, ale do dziś zawsze chętnie sobie pogram" - zakończyła Sadowska.