Polska Agencja Prasowa: Czy pamięta pan ostatnią tak długą przerwę od pływania?

Reklama

Konrad Czerniak: Wydaje mi się, że nigdy w swojej karierze tak długiej przerwy nie miałem. Ani żaden okres roztrenowania na pewno tyle nie trwał, ani też nie miałem żadnej kontuzji, która wyłączyłaby mnie z treningów na tak długo.

Jakie ma pan pierwsze wrażenia z powrotu do treningów?

Nie są najgorsze. Czucie wody nawet jest, obawiałem się, że będzie dużo gorzej. Jednak potrzebuję około dwóch tygodni, aby móc wrócić do takich normalnych obciążeń treningowych. To wypadnięcie z rutyny trwało jednak długo. Na razie koncentruję się na wzmocnieniu mięśni na lądzie, a basen służy rozpływaniu się, zwracam też uwagę na technikę. Po takiej przerwie organizm może trochę zapomnieć schemat wykonywanych ruchów i na nowo będzie można budować technikę. W sumie to może okazać się pozytywne.

A były jakieś szczególne emocje przed pierwszym skokiem do wody?

Zdecydowanie tak. Zastanawiałem się, jak to będzie, jak będę się czuł zanurzony w wodzie.

Jak na pana wpłynęła ta przerwa?

Szczerze mówiąc, to wydaje mi się, że potrzebowałem czegoś takiego. Jestem już doświadczonym, prawie 31-letnim zawodnikiem, a po sezonie letnim, ten zimowy jednak zawsze następował szybko i nie można sobie było na taką przerwę pozwolić. W tym przypadku była wymuszona i mam nadzieję, że przyniesie pozytywny efekt.

Jak wygląda zgrupowanie w czasach pandemii?

Dostaliśmy szczegółowe wytyczne, a pobyt zaczęliśmy od testów na obecność koronawirusa. Jeśli chodzi o pływaków, to w Wałczu jesteśmy podzieleni na dwie sześcioosobowe grupy. W trakcie zajęć na pływalni każdy ma swój tor i maksymalnie może przebywać tylko dwóch trenerów. Warunki są na pewno bezpieczne. Chodzimy w maseczkach, a również posiłki wydawane są według harmonogramu, bo są tu też wioślarze i kajakarze. W zasadzie tylko się mijamy.

W jakich okolicznościach zastał pana wybuch pandemii?

W marcu byłem już w bardzo dobrej formie. W zasadzie kilku dni zabrakło, abym wystąpił w zawodach i walczył o minimum olimpijskie. Żałowałem, że nie mogłem sprawdzić swojej dyspozycji. Obawiałem się trochę, że wysiłek poszedł na marne. Później natomiast, gdy epidemia zaczęła paraliżować przygotowania, a MKOl twardo utrzymywał, że igrzyska się odbędą, było to dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Wtedy już wręcz czekałem na odwołanie igrzysk, bo na solidne treningi nie było szans. Wierzę, że ostatecznie ich przełożenie pozwoli mi jeszcze lepiej się przygotować.

Po odwołaniu igrzysk oraz mistrzostw Europy najważniejszą imprezą wydają się być grudniowe mistrzostwa świata na krótkim basenie w Abu Zabi. One będą dla pana najbliższym celem?

Reklama

To jeszcze nie jest jasne. To trochę dziwny moment, bo tak naprawdę trenujemy, ale nie do końca wiadomo, do czego się przygotowujemy. Oczywiście celem nadrzędnym są przyszłoroczne igrzyska, ale jakiegoś celu w krótszym terminie nie potrafię teraz wskazać. Najważniejszy jest powrót do dobrej dyspozycji, aby móc spokojnie wystartować, jakby się jakieś zawody pojawiły.