Nogi Cristiano Ronaldo zostały ubezpieczone na 100 mln euro, ręce bramkarza Ikera Casillasa na 7,5 mln euro. To oczywiście jedne z najbardziej spektakularnych przypadków, ale w zachodnich klubach ubezpieczenie od kontuzji czy innych nieprzyjemnych zdarzeń, jest powszechne. Można się ubezpieczyć od "krytycznej choroby", spadku dochodów czy nawet depresji. Jeszcze bogatsza oferta kierowana jest do klubów. Coraz większa konkurencja wśród firm ubezpieczeniowych powoduje, że kluby Bundesligi czy Premier League ubezpieczają się niemal od wszystkiego, co może spowodować straty finansowe dla klubu. Nawet od wrzucenia racy na boisko.

Reklama

Działacze ci nie pomogą

"Niedawno podpisaliśmy umowę ze Stowarzyszeniem Piłkarzy Profesjonalnych (PFA), liczącym ponad cztery tysiące członków. Ogólnie mówiąc, umowa obejmuje kompleksowe ubezpieczenie medyczne i personalne, w domu, podróży i pracy. Dla nas to standard" - powiedział nam jeden z przedstawicieli brytyjskiej firmy Heath Lambert.

Zachodnie kluby przywiązują tak dużą wagę do bezpieczeństwa swoich piłkarzy, że FIFA musiała wymusić na nich podpisanie dokumentu, który mówi, iż zrezygnują z jakichkolwiek akcji prawnych przeciwko międzynarodowej federacji, jeśli ich zawodnik dozna kontuzji podczas mistrzostw świata. Jak jest w Polsce? Źle, ale powoli coraz lepiej.

"O tym, jak to bywa ze świadomością ubezpieczeniową, świadczy choćby przygotowywany przez nas niedawno program dla grupy młodych piłkarzy, jak pamiętam z jednego z trzecioligowych zespołów" - mówi DGP Michał Modrzewski z firmy brokerskiej RBK & Partners. "Na wstępie poprosili, żeby w proces tworzenia ofert nie włączać ich działaczy klubowych. Stwierdzili, że nie ma szans, żeby to klub pomógł im w przygotowaniu jakiegokolwiek przemyślanego produktu ubezpieczeniowego. Skrzyknęli się i zapłacili za polisy z własnej kieszeni. Można zatem powiedzieć, że świadomość rośnie…"

czytaj dalej



Mecz charytatywny nie wystarczy

W Polsce najbardziej lekceważąco do kwestii ubezpieczeń podchodzą kluby piłkarskie. Drużyny czy sportowcy innych dyscyplin są bardziej przezorni. "Współpracujemy z wieloma organizacjami sportowymi. Wśród klientów indywidualnych nie mamy ani jednego piłkarza. W polskich klubach pieniądze na ubezpieczenie wydaje się w ostatniej kolejności. Na Zachodzie z kolei kluby ubezpieczają się w zasadzie przed wszystkimi negatywnymi skutkami działalności swojej czy zawodników" - powiedział nam Wiesław Chemicz z CA Sport Broker. "Zwracamy szczególną uwagę na skrajne przypadki, gdy piłkarz ubezpiecza swoje nogi na miliony euro, a nie zauważamy potrzeby mniej spektakularnych działań. Staramy się rozmawiać z klubami i zawodnikami, to inteligentni ludzie, ale gdy trzeba wydać pieniądze na ubezpieczenie, to napotykamy opór. Niektórzy piłkarze zarabiają dobrze, ale nie wychodzą z inicjatywą, aby ubezpieczyć na przykład swój kontrakt sportowy. Potem, jak przydarzy się zawodnikowi jakieś nieszczęście, to najczęściej organizowany jest mecz charytatywny, aby mu pomóc. Ale te uzbierane dwadzieścia kilka tysięcy nie rozwiąże wszystkich problemów".

W ostatnich trzech latach trzech piłkarzy ekstraklasy zostało zmuszonych do zakończenia kariery – Adam Piekutowski, Waldemar Piątek i Dariusz Dudek. "W dwóch przypadkach zostały zorganizowane mecze charytatywne. Żaden z tych piłkarzy nie był ubezpieczony na wypadek nagłej utraty zdolności do zarabiania pieniędzy" - dodaje Chemicz. "Przeważnie to wygląda tak, że piłkarz z takiej polisy otrzymuje jednorazową kwotę równą sumie ubezpieczenia, która może wynosić nawet trzykrotność jego rocznego dochodu".

Będzie coraz mniej skąpców

Wiele klubów, jak już oszczędza na piłkarzach, to robi to tak nieumiejętnie, że tracą i działacze, i zawodnicy. "Nawet posiadając obowiązek ubezpieczenia, można przygotować polisy według takiego minimum, że będzie to później skutkować odmową wypłaty odszkodowania, bądź symboliczną jego kwotą" - uważa Modrzewski. "Niestety rzadko w takiej sytuacji winę poniesie osoba dobierająca dla klubu produkt ubezpieczeniowy i taki program potrafi być powielany latami".

Innym problemem jest nieświadomość wśród piłkarzy. "W wielu kontraktach widnieje zapis, że klub zapewnia zawodnikowi opiekę medyczną, ale w rzeczywistości to nie oznacza nic konkretnego. Często ta opieka ogranicza się do działalności klubowego lekarza i masażysty" - twierdzi Chemicz. "Ale gdy kontuzja jest poważna i wymaga ciągłego leczenia, to tylko od dobrej woli działaczy zależy czy klub pokryje koszty leczenia. Jeśli zawodnik jest dla klubu ważny, to pewnie te koszty zostaną pokryte. Jednak jeśli kontuzjowanym będzie piłkarz drugoplanowy, często kończy się tak, że musi czekać trzy miesiące na rezonans magnetyczny i kolejne trzy na operację".

W ekstraklasie tylko połowa klubów wykupiła ponadobowiązkowe ubezpieczenia (Wisła czy GKS Bełchatów, w których jest dużo kontuzji, są poniekąd do tego zmuszone). Reszta preferuje niebezpieczny minimalizm. Na szczęście wkrótce skąpców ubędzie. W każdej popularnej dyscyplinie.

"Pracujemy nad szeroko rozbudowanymi programami dla lig profesjonalnych, które dążą do standaryzacji ubezpieczeń dla wszystkich klubów zawodowych" - mówi Chemicz. "Mają one gwarantować klubom wysoki zakres ochrony przy realnym poziomie kosztów i jednocześnie stanowić ważne narzędzie w zarządzaniu finansami. Powoli, ale systematycznie zbliżamy się do standardów funkcjonujących w profesjonalnych ligach zachodnioeuropejskich".

Reklama