Rozmawiamy w hali sportowej na warszawskim Wilanowie w trakcie koszykarskiego campu organizowanego przez Marcina Gortata. Co pan tutaj robi?

Reklama

Mariusz Czerkawski: Jestem tutaj już drugi raz. Zawsze Marcin mnie zaprasza i miło tutaj gości, ale przede wszystkim jestem tu dlatego, że mój 11-letni syn Iwo uwielbia grać w koszykówkę. Od dwóch sezonów prawdziwie poświęca się tej pasji. Trenuje i gra w klubie Warsaw Basketball. Uprawia oczywiście także inne dyscypliny sportu, ale widzę jednak, że kosz jest dosyć wysoko na jego liście. Cieszę się, że po raz kolejny mógł wziąć udział w campie.

A pan czym się teraz zajmuje?

W ostatnich miesiącach z powodu koronawirusa ludzie zajmują się niekoniecznie tym, czym by chcieli. Mnie ominęło przecież sporo hokejowych eventów i turniejów dla dzieciaków, które organizuję. W kwietniu miał się odbyć duży turniej w Warszawie. Wypadły z kalendarza mistrzostwa świata w hokeju na lodzie. Miałem jechać do Stanów na Puchar Stanleya i tam oglądać mecze. Wszystko się pozmieniało, ale powoli zaczynamy już organizować, ustalać na październik, listopad daty turniejów kwalifikacyjnych do Czerkawski Cup, terminy campów dla dzieciaków.

- Osobiście, oprócz biegania i uprawiania fitnessu, aktywności koniecznej dla zdrowia, uwielbiam grać w golfa. Jeżdżę po różnych polach – teraz już w Polsce. Miałem wyjechać na kilka turniejów zagranicznych, ale plany się pokrzyżowały. Korzystam więc z pięknej pogody i uprawiam jeden z najbezpieczniejszych teraz sportów - na hektarowych powierzchniach, daleko od ludzi i większego z nimi kontaktu.

Golf to drugie sportowe życie dla mistrzów różnych dyscyplin.

Rzeczywiście, uprawia go wielu byłych sportowców. W Polsce chociażby bracia Ligoccy, sam często grywam z Jurkiem Dudkiem, Tomkiem Iwanem. Za granicą robią to Wayne Gretzky, Mario Lemieux, Michael Jordan czy Charles Barkley. Sportowcom na emeryturze golf pozwala wypełnić lukę pożytecznej rywalizacji – bez zarzynania się i walczenia na siłę bezpośrednio z rywalami, bardziej ze swoimi emocjami i samym sobą.

W kraju angażuje się pan w hokej dla najmłodszych. Może chciałby pan zostać prezesem PZHL?

Nie jest to moim celem. Marzeniem jest na pewno, żeby wreszcie jakoś to wszystko uporządkować. Oczywiście nie jest to łatwe zadanie dla prezesa Mirosława Minkiny, którego staramy się wspierać jak możemy. W strukturach związku nie jestem. Mam swoją fundację z byłymi olimpijczykami, jak Wojtek Tkacz, Darek Garbocz czy Andrzej Tkacz, kiedyś świetny bramkarz. Staramy się zaszczepić pasję sportu i aktywności fizycznej wśród dzieciaków – przede wszystkim tych, którzy chcą grać w hokeja na lodzie.

Kto pana zdaniem zwycięży w rozgrywkach NHL w tym sezonie?

Na pewno kibicuję mojej byłej drużynie New York Islanders, „Wyspiarzom” z Nowego Jorku. Trzymam za nich kciuki. Niestety, przegrywają w finale konferencji z Tampa Bay Lightning, ale jeszcze wszystko jest przed nimi. Mam nadzieję, że dojdzie do siódmego meczu, który wygrają i wtedy wystąpią w finale Pucharu Stanleya. Mam nadzieję, że też zwycięskim.

Jest pan jedynym sportowcem z Polski, który zagrał w Meczu Gwiazd NHL. Nie dostąpił tego zaszczytu Marcin Gortat, który występował w innej słynnej zawodowej lidze za oceanem – NBA. Czy kiedyś doczekamy się pana następcy?

Trudno powiedzieć. Kiedyś rzeczywiście kibicowaliśmy w NBA Gortatowi, Czarkowi Trybańskiemu czy w latach 90. Andrzejowi Gołocie w walkach o mistrzostwo świata. Mnie się udało 20 lat temu zagrać w Meczu Gwiazd NHL. Mieliśmy w amerykańskich ligach także Sebastiana Janikowskiego, ale on był małym dzieciakiem, kiedy wyjechał z Polski. W kraju nie grał dla żadnej naszej reprezentacji. Mam nadzieję, że pojawią się następcy. Krzysiek Oliwa i ja byliśmy ostatnimi Polakami wytrenowanymi w kraju, którzy zagrali w lidze NHL. Pytanie tylko, ile trzeba będzie czekać na następnego Polaka, który w niej zagra. Oczywiście mieliśmy w tej lidze Zenona Konopkę, Mike’a Komisarka czy Wojtka Wolskiego, ale oni sportowo nie wychowali się w Polsce.

Wracając do koszykówki. Pana typ na mistrza NBA?

Reklama

Trwa ciekawa rywalizacja. Wiele osób wskaże na Los Angeles Lakers, ale ja – tak jak za Islanders w hokeju – tak tutaj trzymam kciuki za drużynę z Bostonu. Tam przecież także spędziłem wiele lat w zespole Bruins. Nie raz byłem wówczas na meczu Boston Celtics. Mam nadzieję, że może w tym roku im się uda.

Rozmawiał Marek Cegliński/PAP