Johansson przed dwoma laty zainwestował w swój nowy biznes, serię kosmetyków do pielęgnacji wąsów, z których jest znany w świecie skoków narciarskich i nazywany „Nansenem” od znanego norweskiego polarnika Fridtjofa Nansena, który miał podobny zarost.

Reklama

Skoczek 13 grudnia w Planicy zdobył w drużynie swój drugi tytuł mistrza świata w lotach narciarskich, lecz w TCS spisuje się słabo.

W Oberstdorfie zajął 39. miejsce, w Garmisch-Partenkirchen był 18. a w Innsbrucku - 12. Po trzech konkursach TCS zajmuje dopiero 26. miejsce w klasyfikacji generalnej. Jednak we wtorek był drugi za Kamilem Stochem w kwalifikacjach do ostatniego środowego konkursu w Bischofshofen.

„Przestałem używać żelu i wosku do wąsów i tym razem nie miałem problemów z goglami i z oddychaniem” - powiedział norweskim dziennikarzom.

Wyjaśnił, że ten sezon jest szczególny, a w recepturze żelów i wosków do wąsów nie przewidziano pandemii koronawirusa, zwłaszcza noszenia maseczek: "nasza reprezentacja przed wyjazdem na TCS otrzymała specjalne, bardzo szczelne typu FFP2, które powodują inny nieprzewidziany skutek. Do trzeciego konkursu TCS nie zdawaem sobie sprawy z tego, że wdycham jak z inhalatora rozpuszczone preparaty do wąsów zgromadzone wewnątrz maseczki”.

Mistrz olimpijski drużynowo i dwukrotny brązowy medalista indywidualnie z Pjongczang (2018) podkreślił, że w tej sprawie nie znajduje zrozumienia wśród członków ekipy.

„W naszej drużynie cały czas nosimy maseczki, nawet podczas osobnych rozmów z trenerem, z wyjątkiem pokojów, w których mieszkamy po dwóch. W tej grupie tylko ja mam taki problem, ponieważ tylko ja mam wąsy, więc nikt nie rozumie mojego problemu. Jak tylko o tym wspominam, wywołuję tylko uśmieszki” - zaznaczył skoczek.