Czy można ukarać tenisistę za to, że nie stara się wygrać? Coś takiego spotkało Nikołaja Dawydienkę w Sankt Petersburgu.
Oczywiście. Kodeks zachowania zawodnika przewiduje kary m.in. za przeklinanie, łamanie rakiet, ale także za niedostateczne przykładanie się do gry. Sama nałożyłam kiedyś taką karę podczas turnieju w Czechach.

Pamięta pani tę sytuację?
Doskonale. To był turniej o znacznie mniejszej puli nagród niż w Sankt Petersburgu. Dwaj dobrzy zawodnicy grali debla przeciwko 15-latkom z "dziką kartą". Nie mieli prawa przegrać nawet gema. Ale jeden wcześnie odpadł w singlu, chociaż był rozstawiony. No i w deblu zaczął wyprawiać niestworzone rzeczy, wyrzucał piłki na aut, ewidentnie nie przykładał się do gry. Sędzia krzesełkowy był niedoświadczony, wezwano mnie i dałam zawodnikowi ostrzeżenie.

Dlaczego nakłada się takie kary, przecież tenisiści to wolni ludzie, może im się nie chcieć grać.
Oni dostają za grę duże pieniądze. Znacznie większe niż pływacy czy lekkoatleci. Wielu z nich to milionerzy. Przepisy zaś mówią jasno, że tenisista ma obowiązek zapewnić wysoki sportowy poziom widowiska. Tego spodziewa się publiczność, za to płacą sponsorzy. Ktoś może próbować przegrać niekoniecznie z powodu machinacji finansowych, ale dlatego, że chce już jechać na inny turniej. Oznacza to, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, łamie przepisy.

Większość kibiców tenisa usłyszała o takiej karze po raz pierwszy dopiero przed tygodniem.
Rzeczywiście, to się zdarza dość rzadko. Po prostu tenisiści na ogół chcą wygrać. Inna sprawa, że czasem są tak sprytni, że trudno dostrzec złe intencje. Ale doświadczeni sędziowie to potrafią. Wiadomo, że nawet Dawydienko może przegrać z zawodnikiem spoza setki, ale chodzi o to, czy na korcie widać walkę. Czy to ten słabszy gracz ma swój dzień, czy może gwiazda się nie przykłada. Swoją drogą jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Roger Federer czy Justine Henin ulgowo potraktowali jakiś mecz. Obojętnie, z kim grają.

Dawydienko tłumaczył swoją słabszą grę nerwami.
Dawydienko nie jest juniorem młodszym, którego ni stąd ni zowąd na korcie zjadają nerwy. Każdy się trochę denerwuje podczas meczu, ale zawodnik na jego poziomie potrafi nad sobą zapanować.

Być może sędziowie traktują Dawydienkę inaczej z powodu toczącego się śledztwa w sprawie nielegalnych zakładów bukmacherskich?
Sędziowie znają zawodników i wiedzą, po kim można spodziewać się jakichś numerów. Może niektórych rzeczywiście obserwuje się baczniej. Nie widziałam meczu w Sankt Petersburgu, ale wiem, że imprezy ATP sędziują doskonali specjaliści. Dawydienkę ukarał Jean-Philippe Dercq z Belgii, dobry arbiter, który zresztą pracował w Polsce podczas turnieju we Wrocławiu. To, że kara była niesprawiedliwa, bo sędzia uprzedził się do Rosjanina, nie wchodzi w grę.

Za Dawydienką ciągnie się zła opinia od turnieju w Sopocie.
Tamta sytuacja rzeczywiście była bardzo niewyraźna, chodziło o wielomilionowe zakłady. My sędziowie też musimy na to uważać. Na przykład kiedy prowadzę jakiś turniej, nie wolno mi wysyłać wyników do nikogo poza wskazanymi osobami z ITF, ATP czy związków narodowych. Dostaję często prośby od osób prywatnych o udostępnienie drabinek, wyników. Taka informacja mogłaby się gdzieś ukazać przed oficjalną publikacją i ktoś mógłby ją wykorzystać do nielegalnego obstawiania. Chodzi oczywiście o mniejsze turnieje, których przebiegu nie można śledzić na żywo w internecie. A ludzie zakładają się o wszystko, nie uwierzyłaby pani.