Schiavone przeszła do historii Wielkiego Szlema jako pierwsza reprezentantka Włoch, jakiej udało się odnieść zwycięstwo w jednym z czterech najważniejszych turniejów w sezonie. Przed nią dokonał tego tylko raz jej rodak Adriano Panatta w Roland Garros w 1976 roku.

Reklama

29-letnia mieszkanka Mediolanu jest najstarszą tenisistką, która sięgnęła po swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy od 1969 oku, gdy w Wimbledonie dokonała tego 30-letnia wówczas Brytyjka Ann Jones.

Schiavone była w imprezie rozstawiona z numerem 17., a Stosur z "siódemką". Obie po raz pierwszy wystąpiły w finale turnieju tej rangi. Trwający godzinę i 38 minut mecz przyniósł raczej zaskakujące rozwiązanie, gdyż to Australijka uchodziła za faworytkę, bowiem wcześniej wyeliminowała trzy poważne kandydatki do triumfu: czterokrotną zwyciężczynię Belgijkę Justine Henin (nr 22.), Amerykankę Serenę Williams (1.) i Serbkę Jelenę Jankovic (4.).

W sobotę jednak 26-letnia Stosur wyraźnie nie wytrzymała presji i sprawiała wrażenie bardzo spiętej. Popełniła 28 niewymuszonych błędów, o siedem więcej od rywalki, a nieznacznie słabsza była w statystyce wygrywających uderzeń 25-26 i asów serwisowych 3-6.

Pierwszy set, który trwał 40 minut, przebiegał zgodnie z regułą własnego podania do dziewiątego gema. W kolejnym nieoczekiwanie Australijka znalazła się w opałach, bowiem zrobiło się 0:40. Obroniła co prawda dwa setbole, ale przy trzecim popełniła swój jedyny podwójny błąd serwisowy.

Wydawało się, że Stosur szybko wyciągnęła wnioski. W drugiej partii zaczęła grać bardziej agresywnie i zepchnęła rywalkę daleko za linię końcową. Do tego dzięki jednemu przełamaniu serwisu odskoczyła na 4:1.

Nie utrzymała jednak przewagi "breaka" i zrobiło się 4:4. O zwycięstwie miał zdecydować tie-break, a w nim Włoszka grała jak natchniona i od stanu 2:2 zdobyła pięć kolejnych punktów.

Schiavone wspierała na trybunach kilkunastoosobowa grupa znajomych i przyjaciół ubranych w białe koszulki z napisem "Forza Francesca" oraz czarne opatrzone hasłem "Schiavone nic nie jest niemożliwe". Zabrakło jednak rodziców, których zawodniczka pozdrowiła podczas ceremonii zamykającej finał. Puchar Suzanne Lenglen odebrała z rąk Francuzki Mary Pierce, która triumfowała w Paryżu w 2000 roku.

Zwycięstwo dało Włoszce premię w wysokości 1,12 mln euro, a punkty tu zdobyte pozwolą awansować w poniedziałek na szósta pozycję w rankingu WTA Tour, najwyższą w dotychczasowej karierze.