Dwa lata wcześniej Messner, pierwszy na świecie zdobywca Korony Himalajów i Karakorum (wszystkie 14 ośmiotysięczników), zdobył najwyższy szczyt globu z Peterem Habelerem, także bez tlenu, od strony południowej, nepalskiej.

Reklama

Wyczyn Włocha na najwyższej górze świata 25 lat później, w czerwcu 2005, powtórzył Marcin Miotk. Jest jedynym Polakiem, który na Everest wszedł bez tlenu i to samotnie.

"Takich himalaistów jak Messner już teraz nie ma. On był inspiracją dla wielu, także dla mnie. Jest moim idolem do dziś, bo przełamywał wiele barier i wiedział też, kiedy odejść. Przygotowywałem się długo do wejścia bez tlenu na Everest. Motywacją dodatkową było to, że żadnemu Polakowi to się wcześniej nie udało. Teraz, po 15 latach, dociera do mnie, że zrobiłem coś, co zapisało się w historii himalaizmu" – powiedział PAP urodzony w Wejherowie Miotk.

Zarówno Messner, jak i Miotk wchodzili samotnie na Everest od strony północnej, chińskiej.

"Czasami myślałem, że utknę w śniegu. A jednak nie traciłem ducha. Nade mną było już tylko niebo. To dziwne, lecz nie potrafiłem dostrzec trójnogu - chińskiego, aluminiowego statywu, pozostającego na szczycie od 1975 roku. Potem nagle stanąłem... tuż przed nim. Dotknąłem go, rzuciłem się doń, jak do przyjaciela. W tej samej chwili głęboko odetchnąłem" – napisał Messner w książce "Na koniec świata" o samotnym ataku na Czomolungmę, jak nazywany jest najwyższy szczyt globu przez Tybetańczyków.

Obydwaj mieli +przygody+ podczas ataku. Messner wpadł na początku drogi do szczeliny. Miotkowi skradziono część wyposażenia, w tym latarkę, a pierwszy jego atak z Austriakami nie powiódł się i zakończył na wysokości 7800 m z powodu załamania pogody. Polak bez tlenu zdobył przed Everestem Sziszapangma Middle (8013 m) i Cho Oju (8201 m) w 2003 roku.

"Samotny atak był dziełem przypadku, bo pierwsza próba z Austriakami się nie powiodła. Natomiast do wejścia bez tlenu przygotowywałem się solidnie przez dwa lata, a w sumie 10 lat wspinając się w Tatrach, Alpach, Andach. Wiedziałem po Czo Oju, że czuję się dobrze bez wspomagania tlenem, choć oczywiście jest różnica miedzy 8200 a 8848 m. Samotne wejście potęgowało obawy, szczególnie co do pogody. Żadnego ze wspinaczy po stronie chińskiej już nie było – wszyscy rozpoczęli marsz o północy, a ja o piątej rano, gdy świtało, bo z namiotu ktoś mi ukradł połowę sprzętu, w tym latarkę" – wspominał Miotk.

Polak wszedł na Everest 5 czerwca jako ostatni himalaista w sezonie wiosenno-letnim 2005, tuż przed nadejściem monsunu niosącego duże opady śniegu. W sumie spędził bez tlenu dwie noce na wysokości 8300 m, w trzecim obozie, przed i po ataku.

"Pamiętam, że inni wspinacze, z którymi spotkałem się w połowie drogi na szczyt, gdy oni schodzili, patrzyli na mnie trochę jak na dziwaka. Odradzali atak, mówili o silnym wietrze na szczycie, zwiastującym w najbliższych godzinach załamanie pogody, jakie przynosi monsun. Wzbudzałem też ich zaciekawienie – bez butli tlenowej i plecaka, zupełnie +na lekko+, z termosem oraz butelką wody wystającą z kombinezonu puchowego, no i bez towarzyszącego Szerpy. Wyglądałem dla nich... nierealnie. A ja wiedziałem, że musiałem iść +na lekko+, by było szybciej, skoro nie miałem tlenu przez co miałem większą podatność na odmrożenia. Na szczycie byłem po godzinie 14 i po kilkunastu minutach zacząłem schodzić" – relacjonował.

Zdaniem Miotka o spektakularne osiągnięcia na ośmiotysięcznikach w stylu Messnera czy Jerzego Kukuczki, drugiego zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum, który wyznaczał nowe, trudne drogi bądź wspinał się na najwyższe szczyty zimą, będzie coraz trudniej.

"Ocieplenie klimatu powoduje, że w Himalajach i Karakorum jest bardziej niebezpiecznie niż 20 i więcej lat temu. Nie spodziewam się więc spektakularnych dokonań, które były udziałem Messnera czy Kukuczki. Poza tym jest mniej niż pod koniec XX wieku tzw. białych plam, czyli dziewiczych ścian albo niepowtórzonych dróg, jak ta na K2 z 1986 r. Kukuczki i Tadeusza Piotrowskiego. Wtedy była bardzo trudna, a teraz - przy zmianach klimatycznych - to droga samobójców... " – ocenił.

Po Evereście zdobył jeszcze Śnieżną Panterę, czyli odznakę za wejście na pięć siedmiotysięczników położonych w Tienszanie i Pamirze. Mieszkający obecnie w Warszawie wspinacz wziął na jakiś czas rozbrat z najwyższymi górami, ale nie porzucił myśli o ośmiotysięcznikach bez tlenu.

"Po wejściu na Everest zmieniły się priorytety, bo... pojawiły się dzieci. Zbyt wielu moich znajomych zostało na zawsze w górach pozostawiając rodziny. Zrobiłem sobie himalajską przerwę. Wrócę, jak dzieci podrosną. Myślę, by wejść na Everest od południa, od Nepalu. Po głowie chodzi mi także Makalu, bo to piękna góra, choć mniej znana niż np. K2, na którą nie udało mi się wejść" – przyznał Miotk.

Jego celem w najbliższym czasie jest napisanie książki o wyprawie na Everest. Za swój wyczyn otrzymał w 2005 r. w Gdyni nagrodę Kolosa w kategorii alpinizm.

Reklama

"Mogę przyznać, że dopiero teraz, choć Kolos stoi u mnie od 15 lat, powoli dociera do mnie, czego dokonałem. Dla Messnera wspinaczka była zawodem, a dla mnie Everest bez tlenu to było spełnienie marzeń. Pracuję jako etatowiec. Alpinizm to dla mnie cały czas pasja, choć z perspektywy czasu myślę, że mogłem bardziej wziąć przykład ze słynnego Włocha i wypromować zdobycie najwyższego szczytu globu. Stąd pomysł na książkę, tym bardziej że było dużo przeciwieństw i zaskakujących sytuacji na tamtej wyprawie" – dodał.