Agnieszka Radwańska: Losowanie jak każde inne. Pierwsza rywalka nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Wiem, że ona jest w moim wieku. Znamy się dosyć dobrze, bo jako juniorki grałyśmy w tych
samych turniejach. Ale nigdy przeciwko sobie, przynajmniej tego nie pamiętam. To dobra deblistka, z czołowej dziesiątki, więc grać potrafi.
Ciężko będzie grać w takiej duchocie. To, co tu się dzieje, porównałabym do turnieju w Pattaya w Tajlandii. Tam dziewczyny mdlały na korcie
Ale to nie znaczy, że się tam dobrze czułam. Muszę jednak przyznać, że kiedy ostatnio grywałam w ciężkich warunkach, to wygrywałam.
A co, źle wyglądam? Zawsze mamy pomalowane paznokcie, tu z innymi dziewczynami postanowiłyśmy, że pomalujemy je w nasze narodowe barwy. Zresztą zauważałam, że inni robią podobnie. To chyba
taka olimpijska moda.
Nie, bo medal jest jak najbardziej do zdobycia. Jeżeli pierwsze dwa mecze pójdą mi w miarę szybko, jeżeli będę miała czas, by po nich wypocząć, to powinno być dobrze. Turniej trwa tylko
tydzień i mecze są codziennie, więc trzeba się szybko regenerować. Nie spodziewałam się tylko, że będę miała takie problemy z ręką. Mam zapalenie stawu palca serdecznego. Przez tę
rękę boje się trochę tej liczby meczów.
Przede wszystkim obie jesteśmy singlistkami. Debel to coś innego. Ale jak najbardziej chcemy w nim dobrze wypaść, wykorzystać szansę startu w igrzyskach. Traktujemy to jako przyjemność, jako
trening. Debel troszkę mniej waży od singla, ale każdy i tak walczy o zwycięstwo.
Nie, skąd. A pojawiły się takie głosy? Jedyne, na co możemy narzekać, to rozmiar naszego pokoju. Obydwie mamy mnóstwo toreb, wcześniej byłyśmy przecież na turniejach, i nie mieścimy się
ze wszystkimi rzeczami. Nie mamy telewizora ani telefonu, ale i tak jest fajnie, bo mieszkamy ze wszystkimi innymi sportowcami. Spotkałyśmy się z siatkarzami, siatkarkami, wioślarzami. Nie
kojarzę niektórych twarzy, ale każdy ma tu taki problem.
Wioska jest ogromna. Wszędzie jest daleko, wszędzie trzeba iść po kilkanaście minut, czy na siłownię czy na stołówkę. Żeby poznać ten obiekt, trzeba spędzić tu kilka dni. Na razie
wszystkich pytam o drogę albo chodzę z mapką w ręku.
Teraz w każdym turnieju będę już wysoko rozstawiona. W mniejszych imprezach jestem traktowana jako faworytka do zwycięstwa. Staram się nie myśleć o tej presji. Wychodzę na kort tak samo, jak
wychodziłam, kiedy byłam trzydziesta czy pięćdziesiąta. Ale nie ma się co oszukiwać, odczuwam różnicę.
Podchodzę do swojego wizerunku z dużym dystansem. Nie jestem aktorką, która musi zawsze idealnie wyglądać, codziennie zaskakiwać coraz piękniejszym makijażem czy fryzurą. Nie spędza mi snu
z powiek, że jakiś włosek będzie odstawał. Tenisistki raczej są kojarzone ze zmęczonymi, spoconymi dziewczynami, które gonią piłkę po korcie.
Rzeczywiście, ale to są szczegóły, które nie każdy dostrzega. Mówiłam, że zawsze mam zadbane paznokcie. Zrobiłam sobie zęby, przez trzy lata nosiłam aparat, bo chciałam, żeby
wyglądały estetycznie. Na korcie trudno dbać o fryzurę, ale kiedy gdzieś wychodzę, zwracam na nią uwagę. Moje niesforne loki prostuję żelazkiem. Zdecydowanie lubię dobrze wyglądać.
To dotarło do mnie już w zeszłym roku, kiedy jako pierwsza Polka wygrałam turniej WTA w Sztokholmie. Cieszę się z tej roli. Ona jest tym bardziej widoczna, że dotychczas właściwie nie było
tenisa w Polsce. Długo, długo nic, i nagle bum! Pojawiła się Radwańska.
Rzadko w środku sezonu mogę spędzić tyle czasu w domu. Już prawie zapomniałam jak wygląda mój pokój. Przez cały czas byłam bardzo zajęta. Codziennie miałam trzy treningi, musiałam
chodzić na półtoragodzinne zabiegi, bo na Wimbledonie nadwyrężyłam nogę. Do tego, kiedy tylko mogłam umawiałam się na dodatkowe jazdy, bo zależało mi, żeby wreszcie przygotować się do
egzaminu na prawo jazdy. Udało mi się nawet go zdać.
Właściwie przez cały czas. Żaden mój trening nie może się odbyć bez kamery. Właściwie kiedy przyjeżdżała tylko jedna ekipa telewizyjna, to był luz.
Zdaję sobie sprawę, że to jest nieodłączna cecha sportu, zwłaszcza jeśli uprawia się go na wysokim poziomie. Różnica z sytuacją sprzed roku jest taka, że wtedy miałam spokój
przynajmniej poza Polską. Ale ostatnio stale mam na głowie zagraniczne media.
Miło byłoby odbyć chociaż jeden trening bez kamer. W wolnym czasie też ciągle ktoś chce mi towarzyszyć z kamerą albo aparatem. W większości krajów kamer nie wpuszcza się do restauracji,
czy teatrów. Od razu robi się problem, zamieszanie, to dosyć uciążliwe. Nie wstawiam się za takimi ekipami, ja też chciałabym mieć trochę spokoju.
Oczywiście, że tak. Kupuję w granicach rozsądku. Lubię rzeczy dobrych marek, bo na ogół są lepszej jakości. Ostatnio świetnie udały się nam zakupy w Londynie. Spędziłyśmy z Ulą
sześć godzina na Oxford Street - była cała w przecenach.
Zaczęłam o tym myśleć znacznie wcześniej. Pierwszym poważnym zakupem było mieszkanie – 200 metrów kwadratowych w centrum Krakowa to dość dobra inwestycja. Pewnie wkrótce
pomyślę o kolejnych lokatach.
Już od dawna wiele rzeczy załatwiałam sama, na przykład sprawy związane z wyjazdami. Trenujemy od zawsze z Ulą i z tatą. Mama załatwia sprawy papierkowe, a tego jest naprawdę dużo
– na stole zawsze leżą całe sterty rachunków. Jak dotąd to wszystko bardzo fajnie działa w naszej rodzinie. A co będzie za kilka lat? Nie wiem.