Uczucie niedosytu zostawiła szermierka. Fajnie, że szpadziści zdobyli srebrny medal, ale co z florecistkami, szablistkami? To samo w kajakach. Podobno kajakarki mnie uratowały, bo dały nam ten
dziesiąty medal, a obiecywałem, że nie będzie gorzej niż w Atenach. Osiem finałów kajakarzy cieszy, dorobek medalowy mniej.
Mówi pan o prezesie Jerzym Sudole? To najmniej istotne. Podmiotem i bohaterem jest zawodnik. Reszta to tylko otoczka.
Niektórzy trenerzy i działacze nie dostosowali się do atmosfery i postawy sportowców. Chcę publicznie przeprosić polskich kibiców. Jest mi wstyd. Jeśli PZLA nie da sobie rady, to my się z
ministrem w to włączymy i gwarantuję, że sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan.
Niekoniecznie, były pozytywne akcenty, nawet więcej niż negatywnych. To przede wszystkim postawa trójki młodych ludzi: kolarki górskiej Oli Dawidowicz, płotkarza Artura Nogi i młociarki Anity
Włodarczyk. To nasze nadzieje na Londyn. Szkoda tylko, że jest ich tak mało. Zaskoczyli mnie dwaj mocni w lekkoatletyce - Tomek Majewski i Piotrek Małachowski. Styl, w jakim wygrali, budzi
największy podziw. Największą niespodzianką był bał natomiast sukces czwórki bez sternika wagi lekkiej.
W Pekinie jest lepiej niż w Atenach. Z moich ust nie padło słowo sukces, ale ten występ nie jest klęską. Uważam, że były to igrzyska udane, skoro w Atenach były 42 finały, a tu 61 z
Polakami, z udziałem 122 zawodników. Z polskim sportem olimpijskim nie jest tak, jak było przez pierwsze sześć dni w Pekinie i nie jest również tak, jak było pewnej pięknej niedzieli.
Niektóre kryteria musimy zaostrzyć. Umówiliśmy się z ministrem Drzewieckim, że nowy sztab będzie arbitralnie decydował o minimach. Pieniądze będzie rozdzielał sztab olimpijski, a nie
ministerstwo.