Szczerze mówiąc nie przepadam za szampanem.
Drżał mi głos, nogi się pode mną trzęsły, ale chyba bardziej ze zmęczenia, niż ze wzruszenia. W tym momencie opadło ze mnie całe napięcie, chciałam już mieć to wszystko za sobą. To
był ciężki turniej.
Na pewno. Jeżeli chodzi o prestiż i punkty rankingowe można go porównać do ćwierćfinału Australian Open, ale tytuł to tytuł. To mój najciężej wywalczony sukces. Wszystkie rundy były
bardzo wyrównane, decydowały pojedyncze piłki. Równie dobrze mogłam przegrać pierwszy mecz. A doszłam do finału, wygrałam w nim z Nadią Pietrową, która od lat jest w czołówce. To mój
trzeci i największy tytuł w tym roku. Ale najbardziej się cieszę, że każdy z nich zdobyłam na innej nawierzchni. W Pattaya na betonie, w Istambule na ziemi, a tu na trawie.
Jestem tym trochę zaskoczona. Myślałam, że wygram tu jeden mecz, zrobię sobie przetarcie na trawie i spokojnie pojadę na Wimbledon. Przecież wcześniej przez 10 dni nie grałam w tenisa.
Zapalenie mięśni, które przytrafiło mi się na Roland Garros, było naprawdę nieszczęśliwie. Pomiędzy tym dwoma turniejami wielkoszlemowymi są tylko dwa tygodnie przerwy i trzeba zmienić
nawierzchnię. A ja akurat wtedy nie mogłam się dobrze przygotowywać.
Gdybym w Eastbourne grała jeszcze debla, pewnie byłoby takie zagrożenie. Więc z niego zrezygnowałam. Z ręką jest znacznie lepiej. Leczenie takiej kontuzji może trwać nawet 6 tygodni. Ja
próbowałam grać już po 10 dniach, ale nie byłam w stanie, musiałam jeszcze kilka dni odczekać. Prawe przedramię ciągle jest trochę grubsze niż lewe. Nie wiem, czy ta opuchlizna w ogóle
kiedyś zejdzie. Muszę grać w opatrunku. Mam naklejony taki specjalny gruby plaster, który podtrzymuje mięśnie. Dzięki temu określona część mięśnia właściwie nie pracuje, nawet w
trakcie gry. Ale na początku ból był potworny, nie mogłam sobie nawet sama otworzyć drzwi. Musiałam przez to wycofać się z turnieju w Birmingham i za jednym zamachem chciałam zrezygnować z
Eastbourne. Na szczęście postanowiłam poczekać z decyzją. Ale ani przez chwilę nie spodziewałam się takich sukcesów. Szczyt moich oczekiwań to była obrona punktów sprzed roku.
Obie byłyśmy wykończone całym turniejem. Ja też brałam przerwę medyczną,miałam tak zmęczone nogi, że łapały mnie skurcze. Nadia zagrała jeden mecz więcej niż ja, ale ja miałam
cięższe przeprawy. Za każdym razem wychodziłam na kort późnym wieczorem, na mokrą, nasiąkniętą trawę. Przez opóźnienia jednego dnia musiałam zagrać właściwie dwa spotkania. Poza tym
mojego półfinału przeciwko Marion Bartoli nie ma co porównywać z rywalkami Nadii: Jekatieriną Makarową, czy Samanthą Stosur. Między nimi a Bartoli jest różnica klasy. Nadia miała trochę
łatwiej, była świeższa w finale.
Rzeczywiście, rzadko korzystam z tej możliwości. Tym razem właściwie to sam tata chciał ze mną porozmawiać. Nie chodziło mu nawet o taktyczne wskazówki, ale o zmotywowanie, podtrzymanie
mnie na duchu. Żebym nie załamała się po wyczerpującym drugim secie, który trwał godzinę, a potem jeszcze był tie-break do 13. On nas obie strasznie dużo kosztował i psychicznie, i
fizycznie.
Oglądał go na telebimie, w player's launge. Widocznie uznał, że tak będzie lepiej. Na którymś z poprzednich meczów, chyba z Bartoli, strasznie się denerwował, nie mógł usiedzieć.
Wiadomo, że ja coś takiego widzę i to się przekłada na stan moich nerwów. Pojawia się dodatkowe napięcie, a w trakcie meczu i tak nie brakuje stresu.
A ja mam tylko niedzielę na odpoczynek. Moja pierwsza rywalka, Iveta Bennesova, grała świetnie, kiedy spotkałyśmy się ostatnim razem. To trudna przeciwniczka, zresztą z leworęcznymi zawsze
gra się trudniej.
Daj Boże, żeby doszło do takiej sytuacji. To będzie oznaczać, że jedna z nas na pewno awansuje do trzeciej rundy.
Nie ma obawy. Już nie raz trafiałam w tunieju singla na swoją partnerkę deblową. Z Martą też pewnie jeszcze nie raz będę musiała się zmierzyć. A debel będzie dla nas przetarciem przed
igrzyskami, gdzie też razem wystartujemy w grze podwójnej.
Z tym różnie bywa. Przegrałam z Kuzniecową właśnie w trzeciej rundzie rok temu. Ale nie chcę wybiegać tak daleko. Tradycyjnie koncentruję się na pierwszej rundzie.
Rzeczywiście - jak na polski tenis będzie ciasno. Ale im nas więcej, tym przyjemniej. Najbardziej bym chciała, żeby kiedyś było nas tak samo dużo, jak Rosjan, Francuzów i Włochów. Dobrze,
że po 22 latach wreszcie pojawił się chociaż jeden Polak w turnieju mężczyzn.
Będziemy krzyczały: Olej, Olej!