Mariusz Czerkawski: Możemy awansować, ale nie ukrywam, że konkurencja jest duża. Cieszę się, że znowu mamy okazję walczyć, i fajnie by było, gdybyśmy tę okazję wykorzystali. Trzeba
jednak pamiętać, że zakwalifikować się do elity jest trudno, ale utrzymać się w niej jest jeszcze trudniej. Jesteśmy w stanie znaleźć się w grupie najlepszych, bo jesteśmy pod dobrym
okiem trenera Ekrotha. A jakbyśmy jeszcze w tej elicie osiągnęli jakiś sukces, to pobilibyśmy na głowę siatkówkę, piłkę nożną i ręczną.
Oczywiście, że można. Osobiście mam nadzieję, że ściany nam pomogą, bo przecież gramy u siebie. To dodatkowo zmotywuje chłopaków. Nie jesteśmy najwyżej sklasyfikowaną drużyną w
grupie, ale i tak jesteśmy jednymi z faworytów. Musimy oczekiwać od naszych zawodników tego, że włożą w grę całe serce. Muszą zagrać swoje najlepsze mecze w życiu, innej drogi do awansu
nie ma.
>>>Czerkawski wraca do reprezentacji Polski
Pamiętam jeden z meczów z Holendrami i wiem, że pokonać ich można, choćby w ostatnich sekundach meczu. Brytyjczycy są coraz lepsi, ale ich też ograliśmy w Sanoku (kwalifikacje olimpijskie -
przyp. red.), chociaż też po dramatycznym meczu.
Na pewno chłopaki ciężko pracują i jestem pewien, że przygotowania idą w dobrym tempie. Trenerzy wybrali optymalny na ten moment skład. Cierpimy z powodu kontuzji zawodników, kilku
zrezygnowało z gry dla reprezentacji z nieznanych mi powodów. Jednak nasz zespół to jedna wielka rodzina, która walczy o wspólny cel. A porażki z Białorusią? Ja myślę, że jest wręcz
odwrotnie, właśnie drugi mecz napawa optymizmem, bo przegraliśmy ze znacznie wyżej notowaną ekipą tylko jedną bramką. Jeśli chodzi o pierwsze spotkanie, to wpadło wiele goli, które nie
powinny wpaść. Mamy jednak prawo być zadowoleni z tego drugiego sparingu, uwierzyć w siebie i z pełną mocą przystąpić do mistrzostw.
Przede wszystkim zmienił się zarząd związku hokejowego, zmienili się trenerzy. Czy to przyniesie jakiś efekt? Nie wiem, przecież nie jestem wróżką. Zmiany są, a czy będzie lepiej, czy
gorzej, to pokaże czas. Pracujemy przecież po to, aby być lepszym.
Nowy zarząd poszedł w kierunku skandynawskim, zatrudniając szkoleniowca ze Szwecji, a nie z Czech, jak zrobiły to poprzednie władze. Trzeba dać dużo czasu nowemu trenerowi, aby w spokoju
mógł pracować z reprezentacją. Trzeba mu zaufać. Przegraliśmy kwalifikacje, ale nie dlatego, że byliśmy słabsi od innych. Na porażkę z Japonią nie zasłużyliśmy, bo graliśmy lepiej od
rywali. Wygrywa jednak ta drużyna, która strzeli więcej bramek, a nie ta, która sprawia na lodowisku lepsze wrażenie.
>>>Czerkawski: Odchodzę spełniony
Mnie zawsze pomagał. Grałem przez prawie całą karierę za granicą i kiedy miałem możliwość zagrać przed polską publicznością, dawałem z siebie jak najwięcej. Być może w przypadku
naszych hokeistów jest inaczej, może oni wolą grać za granicą, a nie u siebie. Na co dzień występują w Polsce, więc może potrzebują czegoś innego.
Nie mamy w reprezentacji najlepszych zawodników, to fakt. Ale nie można się temu dziwić, bo nasi gracze mają rozładowane akumulatory. To nie jest kwestia braku sił, tylko braku mobilizacji. Po
wyczerpującym sezonie ligowym trudno znaleźć siły na dodatkowy miesiąc treningów i gry dla kadry.
Tak, bo przecież to klub ich utrzymuje. W kadrze nie dostają co miesiąc wypłaty, grają w niej wtedy, kiedy mają siłę i motywację. Nie wprowadzimy przecież nakazu gry w reprezentacji, nie
będziemy zawieszać zawodników za to, że nie chcą w niej grać. Może w czasach komunistycznych tak było, ale nie teraz. Wtedy zresztą też dostawało się dodatkowy sprzęt i pieniądze, a
wynagrodzenie za grę w reprezentacji było proporcjonalnie większe od tego za grę w klubie. Teraz wygląda to inaczej. Związku nie stać na to, by dać zawodnikom większe premie.
Pół miliona to nie dziesięć milionów. Są jakieś premie i bonusy, ale są one niewielkie. Jak nasi hokeiści awansują, to dostaną po te kilkadziesiąt złotych, ale tyle to oni mogą zarobić
przez miesiąc w klubie. Podejrzewam, że gdyby premią za awans było dziesięć milionów, to paru chłopaków wróciłoby po to, żeby zagrać dla kadry.