"Sukces w Budapeszcie nie ukoi mojego bólu. Wiem, że żaden sukces go nie ukoi. Zadra w sercu pozostała i zapewne pozostanie tam na zawsze" - mówi DZIENNIKOWI Otylia Jędrzejczak, nasza złota medalistka z Mistrzostw Europy w Budapeszcie.
Otylia Jędrzejczak znów zwycięża. Wczoraj wróciła z Budapesztu, z mistrzostw Europy, na których zdobyła dwa złote medale. Tak jakby
nie było tego tragicznego wydarzenia sprzed kilku miesięcy, który obrócił jej świat w perzynę.
Zaledwie dziesięć miesięcy temu Otylia Jędrzejczak w wypadku samochodowym, który spowodowała, straciła ukochanego brata. Ta śmierć odebrała jej chęć do życia, sportowej rywalizacji. Zostały łzy, cierpienie i wspomnienia. Wydawało się, że już nigdy nie wróci do pływania, że nie wróci do normalnego życia. Ale Otylia okazała się niezwyciężona. Potrafiła podnieść się z kolan i podjąć walkę o kolejne sukcesy.
Dzisiaj Otylia o tragicznym wydarzeniu mówi niechętnie. Wciąż cierpi. I na razie nic, także ogromna radość z powrotu na pływalnię i z mistrzowskich tytułów tego nie zmieni.
OSKAR BEREZOWSKI: Gdy rozmawialiśmy cztery miesiące temu, nosiła pani na nadgarstku dwie lateksowe bransoletki. Jedną żółtą, która była wyrazem solidarności z Lance’em Armstrongiem, kolarzem, który wygrał walkę z rakiem, i drugą, czarną, założoną po śmierci brata.
OTYLIA JĘDRZEJCZAK: Nic od tamtego czasu się nie zmieniło. Nadal je noszę. Sukces w Budapeszcie nie ukoi mojego bólu. Wiem, że żaden sukces go nie ukoi. Zadra w sercu pozostała i zapewne pozostanie na zawsze. Nic na to nie poradzę.
Przecież udało się pani przezwyciężyć osobisty dramat. Dwa złote medale w Budapeszcie to nie jest dowód na to?
Rzeczywiście, tak można powiedzieć. Inspiracją do walki była dla mnie historia Lance’a Armstronga, którego całym sercem podziwiam. Amerykanin wygrał z nowotworem, a potem odniósł siedem zwycięstw z rzędu w największym na świecie wyścigu kolarskim Tour de France. Potrafił się podnieść i wygrać. Przeczytałam wszystkie książki o nim. Znam je niemal na pamięć. Podczas żmudnego, codziennego treningu, pokonując kolejne długości basenu, wyobrażałam sobie, że tak jak on wspinam się na strome wzniesienia. To mi bardzo pomagało, gdy wracałam do wielkiego sportu.
Co było dla pani najtrudniejsze: pokonanie fizycznego bólu po wypadku czy przełamanie się psychiczne, wyjście do ludzi?
Wszystko, dosłownie wszystko było trudne. Największy wysiłek wkładałam w to, by przestać myśleć o tym, co się stało. Zapewniam, że dolegliwości fizyczne były stokroć mniej dokuczliwe. Miałam poważne problemy z kręgosłupem, więc musiałam ćwiczyć trochę inaczej niż poprzednio. Trener miał dla mnie mniej czasu, co było zrozumiałe. Musiałam poza tym dostosowywać się do grupy, która stawała się coraz silniejsza. Powoli jednak wracałam do dawnej formy fizycznej. Zrzuciłam sporo kilogramów, nabierałam sił. Wtedy zaczęłam wierzyć, że wszystko da się nadrobić i że podczas mistrzostw Europy mogę pływać szybko.
Pomyślała pani kiedyś: rzucę to w diabły i zajmę się czymś zupełnie innym?
Wahałam się dość długo, to prawda. W tamtym momencie sport wydawał mi się czymś mało ważnym, jakąś nieistotną błahostką. Nie wyobrażałam sobie, że będę mogła tak jak dawniej trenować, startować, cieszyć się z sukcesów. Byłam przekonana, że już nigdy nic mnie nie będzie cieszyć. Potem na szczęście pojawiła się tęsknota za pływaniem. Widząc, jak koleżanki startują, jak płyną, jak walczą, strasznie chciałam wskoczyć do wody. Nie mogłam jednak tego zrobić ze względu na kręgosłup. Cieszę się, że mam te wszystkie rozterki za sobą. Chcę pływać, chcę odnosić sukcesy.
To czemu uśmiecha się pani ze smutkiem?
Nic na to nie poradzę. Nie jestem już taką samą Otylią jak kiedyś. I już nigdy nie będę.
A więc na nowych plakatach reklamowych pojawi się inna Otylia? Te stare już dawno zniknęły z ulic miast...
Nie dorobiłam się na tych reklamach pałacu ani fortuny. Mieszkam w akademiku. Tłuste finansowe lata są za mną. Skończył mi się kontrakt reklamowy z Bausch & Lomb. Wygasa umowa z Ideą/Orange. Dotychczasowi sponsorzy zniknęli, a nowych nie widać. Może po mistrzostwach Europy w Budapeszcie sytuacja się zmieni.
Po mistrzostwach Europy pora na urlop. Gdzie się pani wybiera?
Jeszcze nie wiem. Marzę o odpoczynku, bo te mistrzostwa kosztowały mnie wiele i fizycznie, i psychicznie. Biorąc pod uwagę eliminacje i sztafety, aż pięciokrotnie startowałam na 200 m stylem dowolnym. W sobotę naprawdę byłam u kresu sił. Zaraz po finale kraula uczestniczyłam w półfinale delfina. W niedzielę, gdy płynęłam na swoim ulubionym dystansie, marzyłam tylko o tym, by ten wyścig wreszcie się skończył.
A co z pracą magisterską?
No właśnie. Jak tu odpoczywać, jak trzeba pisać pracę. Chcę ją obronić do końca października.
Jej tematem jest ponoć wpływ osobowości trenera na zawodnika. Poznamy prawdę o Pawle Słomińskim?
Jest też o wpływie zawodnika na szkoleniowca... Nie tylko trener Słomiński zostanie poddany analizie. Naukowej, oczywiście. A zatem sensacji nie należy się spodziewać.
Czy pani wie, że jest pierwszym sportowcem, który wypromował bestseller literatury pięknej? Książka „Oskar i Pani Róża” dzięki pani stała się hitem. Mówiła pani w wywiadach, że dzięki tej lekturze zmieniła pani życie, zaczęła pomagać dzieciom chorym na raka. Czy znalazła ostatnio pani coś równie poruszającego?
„Oskar i Pani Róża” nadal gdzieś we mnie głęboko tkwi. Gdy leżałam w szpitalu, czytałam mnóstwo książek. I polecam Erica-Emmanuela Schmitta „Ewangelię według Piłata”, „Dziecko Noego”, „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, a amatorów lżejszej literatury zachęcam do sięgnięcia po „Kod Leonarda da Vinci”.
Nie zniechęca pani do sportu doping?
Doping jakoś jest wpisany w sport, ale ja się tym nie zajmuję. Ani nie spotkałam się z kimś, kto sięga po niedozwolone wspomaganie, ani ja sama nie stosuję dopingu. Nie po to ciężko trenuję, żeby oszukiwać innych, a tym bardziej siebie.
Ale kiedyś została pani pomówiona i to w szczególnych okolicznościach.
W 2002 r. odebrałam rekord świata Australijce Susan O’Neill. Ona była tak wściekła, że próbowała umniejszyć mój sukces. W rozmowie z dziennikarzami rzuciła: „Polka rekordzistką? Na pewno była na dopingu”. Przyznam, że to mnie zabolało.
Zaledwie dziesięć miesięcy temu Otylia Jędrzejczak w wypadku samochodowym, który spowodowała, straciła ukochanego brata. Ta śmierć odebrała jej chęć do życia, sportowej rywalizacji. Zostały łzy, cierpienie i wspomnienia. Wydawało się, że już nigdy nie wróci do pływania, że nie wróci do normalnego życia. Ale Otylia okazała się niezwyciężona. Potrafiła podnieść się z kolan i podjąć walkę o kolejne sukcesy.
Dzisiaj Otylia o tragicznym wydarzeniu mówi niechętnie. Wciąż cierpi. I na razie nic, także ogromna radość z powrotu na pływalnię i z mistrzowskich tytułów tego nie zmieni.
OSKAR BEREZOWSKI: Gdy rozmawialiśmy cztery miesiące temu, nosiła pani na nadgarstku dwie lateksowe bransoletki. Jedną żółtą, która była wyrazem solidarności z Lance’em Armstrongiem, kolarzem, który wygrał walkę z rakiem, i drugą, czarną, założoną po śmierci brata.
OTYLIA JĘDRZEJCZAK: Nic od tamtego czasu się nie zmieniło. Nadal je noszę. Sukces w Budapeszcie nie ukoi mojego bólu. Wiem, że żaden sukces go nie ukoi. Zadra w sercu pozostała i zapewne pozostanie na zawsze. Nic na to nie poradzę.
Przecież udało się pani przezwyciężyć osobisty dramat. Dwa złote medale w Budapeszcie to nie jest dowód na to?
Rzeczywiście, tak można powiedzieć. Inspiracją do walki była dla mnie historia Lance’a Armstronga, którego całym sercem podziwiam. Amerykanin wygrał z nowotworem, a potem odniósł siedem zwycięstw z rzędu w największym na świecie wyścigu kolarskim Tour de France. Potrafił się podnieść i wygrać. Przeczytałam wszystkie książki o nim. Znam je niemal na pamięć. Podczas żmudnego, codziennego treningu, pokonując kolejne długości basenu, wyobrażałam sobie, że tak jak on wspinam się na strome wzniesienia. To mi bardzo pomagało, gdy wracałam do wielkiego sportu.
Co było dla pani najtrudniejsze: pokonanie fizycznego bólu po wypadku czy przełamanie się psychiczne, wyjście do ludzi?
Wszystko, dosłownie wszystko było trudne. Największy wysiłek wkładałam w to, by przestać myśleć o tym, co się stało. Zapewniam, że dolegliwości fizyczne były stokroć mniej dokuczliwe. Miałam poważne problemy z kręgosłupem, więc musiałam ćwiczyć trochę inaczej niż poprzednio. Trener miał dla mnie mniej czasu, co było zrozumiałe. Musiałam poza tym dostosowywać się do grupy, która stawała się coraz silniejsza. Powoli jednak wracałam do dawnej formy fizycznej. Zrzuciłam sporo kilogramów, nabierałam sił. Wtedy zaczęłam wierzyć, że wszystko da się nadrobić i że podczas mistrzostw Europy mogę pływać szybko.
Pomyślała pani kiedyś: rzucę to w diabły i zajmę się czymś zupełnie innym?
Wahałam się dość długo, to prawda. W tamtym momencie sport wydawał mi się czymś mało ważnym, jakąś nieistotną błahostką. Nie wyobrażałam sobie, że będę mogła tak jak dawniej trenować, startować, cieszyć się z sukcesów. Byłam przekonana, że już nigdy nic mnie nie będzie cieszyć. Potem na szczęście pojawiła się tęsknota za pływaniem. Widząc, jak koleżanki startują, jak płyną, jak walczą, strasznie chciałam wskoczyć do wody. Nie mogłam jednak tego zrobić ze względu na kręgosłup. Cieszę się, że mam te wszystkie rozterki za sobą. Chcę pływać, chcę odnosić sukcesy.
To czemu uśmiecha się pani ze smutkiem?
Nic na to nie poradzę. Nie jestem już taką samą Otylią jak kiedyś. I już nigdy nie będę.
A więc na nowych plakatach reklamowych pojawi się inna Otylia? Te stare już dawno zniknęły z ulic miast...
Nie dorobiłam się na tych reklamach pałacu ani fortuny. Mieszkam w akademiku. Tłuste finansowe lata są za mną. Skończył mi się kontrakt reklamowy z Bausch & Lomb. Wygasa umowa z Ideą/Orange. Dotychczasowi sponsorzy zniknęli, a nowych nie widać. Może po mistrzostwach Europy w Budapeszcie sytuacja się zmieni.
Po mistrzostwach Europy pora na urlop. Gdzie się pani wybiera?
Jeszcze nie wiem. Marzę o odpoczynku, bo te mistrzostwa kosztowały mnie wiele i fizycznie, i psychicznie. Biorąc pod uwagę eliminacje i sztafety, aż pięciokrotnie startowałam na 200 m stylem dowolnym. W sobotę naprawdę byłam u kresu sił. Zaraz po finale kraula uczestniczyłam w półfinale delfina. W niedzielę, gdy płynęłam na swoim ulubionym dystansie, marzyłam tylko o tym, by ten wyścig wreszcie się skończył.
A co z pracą magisterską?
No właśnie. Jak tu odpoczywać, jak trzeba pisać pracę. Chcę ją obronić do końca października.
Jej tematem jest ponoć wpływ osobowości trenera na zawodnika. Poznamy prawdę o Pawle Słomińskim?
Jest też o wpływie zawodnika na szkoleniowca... Nie tylko trener Słomiński zostanie poddany analizie. Naukowej, oczywiście. A zatem sensacji nie należy się spodziewać.
Czy pani wie, że jest pierwszym sportowcem, który wypromował bestseller literatury pięknej? Książka „Oskar i Pani Róża” dzięki pani stała się hitem. Mówiła pani w wywiadach, że dzięki tej lekturze zmieniła pani życie, zaczęła pomagać dzieciom chorym na raka. Czy znalazła ostatnio pani coś równie poruszającego?
„Oskar i Pani Róża” nadal gdzieś we mnie głęboko tkwi. Gdy leżałam w szpitalu, czytałam mnóstwo książek. I polecam Erica-Emmanuela Schmitta „Ewangelię według Piłata”, „Dziecko Noego”, „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, a amatorów lżejszej literatury zachęcam do sięgnięcia po „Kod Leonarda da Vinci”.
Nie zniechęca pani do sportu doping?
Doping jakoś jest wpisany w sport, ale ja się tym nie zajmuję. Ani nie spotkałam się z kimś, kto sięga po niedozwolone wspomaganie, ani ja sama nie stosuję dopingu. Nie po to ciężko trenuję, żeby oszukiwać innych, a tym bardziej siebie.
Ale kiedyś została pani pomówiona i to w szczególnych okolicznościach.
W 2002 r. odebrałam rekord świata Australijce Susan O’Neill. Ona była tak wściekła, że próbowała umniejszyć mój sukces. W rozmowie z dziennikarzami rzuciła: „Polka rekordzistką? Na pewno była na dopingu”. Przyznam, że to mnie zabolało.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|