Do startu w imprezie przygotowuje się około tysiąca polskich sportowców. Połowa z nich dostaje stypendia w wysokości od 800 do 6500 złotych. Reszta nie otrzymuje pieniędzy, ale uczestniczy w przygotowaniach w tzw. ścieżce olimpijskiej.

Reklama

Trudno dziś oceniać nasze szanse, bo na rok przed igrzyskami Polacy wywalczyli zaledwie 29 kwalifikacji. Jednak rysuje się dobra tendencja, bo większość to nominacje, które w lipcu w mistrzostwach świata zdobyli żeglarze. Część z nich w wielkim stylu, jak mistrzyni Zofia Klepacka i wicemistrz Przemysław Miarczyński w windsurfingowej klasie RS:X. A przecież żeglarstwo jest jedną z najbardziej elitarnych dyscyplin olimpijskich, cieszących się wielkim poważaniem w sportowym świecie. Podobnie jak pływanie, lekkoatletyka i oczywiście gry zespołowe.

W ostatnim roku odnosiliśmy sukcesy w siatkówce i piłce ręcznej. I choć nasi wicemistrzowie świata muszą jeszcze powalczyć o awans do Pekinu - podobnie jak lekkoatleci czy pływacy - Polska ma wreszcie szansę być widoczną w najbardziej prestiżowej rywalizacji olimpijskiej. W ostatnich latach naszą domeną były sukcesy w sportach niszowych, żyjących w mediach raz na cztery lata, w których o podium stosunkowo łatwej. Złoty medal za mistrzostwo olimpijskie w keirinie (dla niewtajemniczonych: to rodzaj kolarskiego sprintu, w którym zawodnicy na początku jadą za motocyklem, a ścigają się dopiero na ostatnim okrążeniu) waży i wygląda tak samo, jednak - z całym szacunkiem dla specjalizujących się w tym kolarzy - sukces siatkarzy jest w powszechnej opinii o wiele cenniejszy.

Polskim kibicom przez długie lata marzyła się walka o trofea, o których mówiłby cały świat, a nie tylko urzędnicy podliczający punkty do statystyk. Wizytówką naszego sukcesu mógł być triumfujący przy pustych trybunach Robert Korzeniowski, którego chód na 20 i 50 km rozgrywano wiele godzin przed rozpoczęciem pozostałych konkurencji lekkoatletycznych. Igrzyska 2008 roku mogą wreszcie być inne. Za to, byśmy mieli kadrę olimpijską, dobrze przygotowaną, by miała zapewnioną bazę treningową, obozy i odnowę odpowiada Ministerstwo Sportu. Tu na rok przez igrzyskami doszło do zmiany szefa. Nikt w rządzie nie ukrywa, że dla powołanej na to stanowisko byłej szefowej gabinetu prezydenta RP Elżbiety Jakubiak priorytetem jest organizacja piłkarskich mistrzostw Europy w Polsce (i na Ukrainie) w 2012 roku.

Tymczasem zaczyna się ostatni rok przygotowań olimpijskich. Rok najważniejszy, w którym po trzech latach eksperymentów wyselekcjonowana kadra przejdzie ostatni szlif. Sekretarze generalni i prezesi związków mają poważne obawy, czy się to powiedzie. "Mamy dziś ministerstwo futbolu, a właściwie jednej imprezy" - mówi DZIENNIKOWI anonimowo jeden z szefów związku. Świadczą o tym powołania na stanowiska ministerialne. Trzeba przyznać, że dotychczasowe przygotowania do Pekinu mieliśmy doskonale zabezpieczone finansowo, choć biurokracja i wymagania papierkowe przekraczały wszelkie dopuszczalne normy. Jeśli jednak teraz przygotowania do Euro 2012 wchłoną cały środek specjalny, czyli dopłaty do gier liczbowych, który był najistotniejszym źródłem finansowania naszych przygotowań, to momentalnie padną dyscypliny olimpijskie.

Pani minister w oficjalnych wypowiedziach nie wspominała dotąd o igrzyskach olimpijskich. Być może dzisiejsza uroczystość w Pekinie i wręczone polskiej misji zaproszenie do udziału w igrzyskach, przypomni urzędnikom o tym, że olimpiada już za rok. Czym wcześniej, tym lepiej, bo zamiast cieszyć się z prestiżowych olimpijskich sukcesów Polaków, zatęsknimy za miejscami na podium w chodzie, młocie i ciężarach kobiet.