Dokładnie sto dziesięć lat temu Francuz Maurice Garin wygrał pierwszy Tour de France. Z 60 kolarzy, którzy mięli do pokonania dwa tysiące czterysta kilometrów, na metę na torze kolarskim w Parc des Princes dojechało 21.

Reklama

W sobotę kolarze przejechali 125 kilometrów. Najkrótszy etap. Sześć przełęczy i finisz stromo, pod górę, ku błękitnemu niebu, z którego leje się żar. Start w Annecy - „Wenecji Sabaudii”. Pod otulonym białym płaszczem wiecznych śniegów Mont Blanc, przez zielony kożuch alpejskich lasów, nad najgłębszym jeziorem Francji, Le Bourget, bez przerwy ktoś uciekał. Razem albo w kilkuosobowych grupkach.

Kilkadziesiąt kilometrów przed metą na czele senior peletonu - czterdziestodwuletni Niemiec Jens Voigt z grupy Radioshack. Zaczyna się podjazd. Jedenaście kilometrów po ścianie. Stromo. Rowery stają dęba jak konie. Sky naciska na pedały. Nikt nie jest w stanie utrzymać się im na kole. Michał Kwiatkowski odpada.

Dwa kilometry do mety. Chris Froome, Nairo Quintana i Joaquim Rodriguez na czele. Alberto Contador z tyłu. Traci grunt pod nogami. Spada z podium na Polach Elizejskich. Przyśpiesza Amerykanin Andrew Talansky. Wypycha Kwiatkowskiego z pierwszej dziesiątki.

Kilometr. Froome atakuje. Quintana odpowiada. Rodriguez z tyłu. Teraz Quintana. Froome rezygnuje. Quintana wygrywa. Najlepszy góral i biała koszulka.

A w niedzielę ostatni, 21. etap setnego Tour de France. Pałac w Wersalu. Parada po Polach Elizejskich, a potem sprint i podium.