34-letnia Norweżka Marianne Skarpnord gra zawodowo w golfa od 16 lat, zarobiła już miliony dolarów, a w ubiegłym roku wygrała m.in Australian Ladies Classics. W marcu przerwała lukratywny turniej na Bliskim Wschodzie i przyleciała jednym z ostatnich samolotów przed zamknięciem ruchu lotniczego do Norwegii.

Reklama

Mieszka w Sarpsborg i jest od lat członkiem klubów w Moss i Rygge. Planowała w czasie epidemii koronawirusa treningi i grę amatorską, zwłaszcza że golf jest jednym z nielicznych sportów, który nie jest w Norwegii objęty restrykcjami. Obowiązuje tylko utrzymywanie odstępu między zawodnikami, dezynfekcja piłeczek oraz zakaz ”przybijania piątki” po udanym uderzeniu.

Kluby zwróciły się do niej o pomoc w utrzymaniu pól i w pracach z tym związanych, ponieważ pracownicy sezonowi z Polski, którzy od lat się tym zajmowali, teraz nie przyjechali.

Zamiast się wysypiać i spokojnie grać ze znajomymi, a nawet w małych turniejach, to wstaję o czwartej rano, aby zajmować się polem golfowym. Później pracuję w recepcji, przygotowuję i wypożyczam sprzęt. Na grę już nie mam czasu, ponieważ wracam do domu o dziewiątej wieczorem - powiedziała golfistka dziennikowi "Aftenposten”.

Problem braku pracowników sezonowych uderza w Norwegii w większość branż, lecz głównie w rolnictwo, w którym od lat tysiące osób z Polski, Litwy i Łotwy zatrudniani są m.in. przy zbiorach szparagów i truskawek. Pracują też na obiektach sportowych, jak pola golfowe, korty tenisowe, baseny i stadiony. Zajęć tych nie chcą wykonywać młodzi Norwegowie za stawkę 140-180 koron za godzinę (15-20 euro).

Dwukrotny mistrz świata w biegach narciarskich Norweg Emil Iversen, znany z rozrywkowego trybu życia i licznych romansów, przyznał, że w minionym sezonie Pucharu Świata ”nieźle zarobił”. Dlatego zamierzał okres urlopowy przed rozpoczęciem letnich treningów spędzić na ”używaniu życia” i zagranicznych podróżach. W planach miał Monte Carlo i Ibizę, lecz wylądował we wsi Skogn w okolicach Trondheim.

Sezon zakończył się z dnia na dzień, świat zamknął granice, a samoloty przestały latać. Siedząc w Oslo otrzymałem dramatyczny telefon od wujka, do którego gospodarstwa nie przyjechali Polacy. Teraz to ja oram, nawożę, sieję, zbieram i jeżdżę traktorem. Moja dniówka to średnio 14 godzin, lecz teraz, kiedy już zaczynamy mieć białe noce, to pracuję po 17 godzin na dobę. Traktuje to zajęcie jako trening i z tego co wiem, to samo robi większość moich kolegów i koleżanek z reprezentacji - powiedział na antenie telewizji NRK.

Sytuacja jest tak dramatyczna, że każdy dzień zamkniętych granic przynosi ogromne straty mojej rodzinie - dodał.

Inny problem ma z kolei klub piłkarski z położonego na północy Szwecji miasta Umea i nie jest on związany z niskimi stawkami, lecz z kwalifikacjami.

Ze względów klimatycznych w grudniu nad wielofunkcyjnym stadionem Umea Energi Arena o pojemności 10 tysięcy widzów montowana jest gigantyczna hala w formie namiotu, którą demontuje się w marcu. Teraz w maju nadal stoi i raczej pozostanie na miejscu do kolejnej zimy.

Od lat ten system działał perfekcyjnie, ale teraz z powodu zamknięcia granic nie może do nas przyjechać pewien pan z Polski, który od początku montuje i demontuje konstrukcję, z której tak dumne jest całe miasto. To wyjątkowy specjalista i jako jedyny posiada wymagane uprawnienia i certyfikaty do tej pracy - podkreślił prezes klubu Torbjoern Halvardsson na łamach dziennika ”Aftonbladet”.

Dodał, że z tego powodu drużyny będą musiały rozgrywać mecze w oddalonym o 275 kilometrów Sundsvall. Nie tylko my mamy taki problem, lecz cały kraj. Teraz widać, że bez Polaków naprawdę nie damy sobie rady” - podkreślił.