Mistrz Polski w skokach przez przeszkody już w 2019 roku zdobył kwalifikację olimpijską z możliwością przygotowania się na dwóch koniach - oldenburskim wałachu Chintablue oraz ogierze holenderskiej hodowli Naccord Melloni.

Reklama

"W styczniu zaczęły się zawirowania wokół ekipy ukraińskiej, która zrezygnowała ze startu drużynowego. To oznacza, że mogą dostać jakieś miejsce indywidualnie kosztem mojego. W marcu przyszła decyzja o przełożeniu igrzysk, a dalsze miesiące to był sezon okrojony z ważnych startów" - powiedział PAP zawodnik KJ Melloni Horses.

Mieszkaniec Szczecina wspomniał, że "inne były plany, inne cele, chęci i ambicje".

"Cieszy mnie wywalczone we wrześniu złoto mistrzostw Polski, ale przygotowywałem się do międzynarodowej rywalizacji na najwyższym poziomie. Kalendarz został strasznie okrojony, udało się pojechać tylko na jedne ważne trzygwiazdkowe zawody - turniej CSIO w Pradze z konkursem Pucharu Narodów. Pozostawała rywalizacja o półkę czy nawet dwie niżej" - dodał.

Jak przyznał, olimpijski start byłby spełnieniem marzeń i celów życiowych. Podkreślił, że zmiana terminu igrzysk tylko teoretycznie nie ma dla jeźdźców tak kluczowego znaczenia (w tym sporcie wiek zawodnika nie gra istotnej roli), gdyż utrzymanie koni w tak wysokiej formie jest niezwykle wymagające.

"Igrzyska są czymś wyjątkowym, ale i trudnym startem, którego nie da się zaliczyć z marszu. Brak startów nie ułatwia utrzymania kondycji koni, a muszę przyznać, że mam w stajni prawdziwych fighterów. To są ambitne wierzchowce, świetnie znoszące rywalizację. Nawet lot do Tokio nie byłby dla nich problemem, szczególnie że miały już okazję lecieć samolotem na start do Grecji i dobrze to zniosły" - zaznaczył.

40-letni zawodnik opowiadał, że pracuje z nimi przeszło pięć lat.

"Chintablue w stajni to misiek-przytulasek, za to na parkurze ambitny rozrabiaka. Naccord już w stajni potrafi pokazać swoje zdanie, a przy najazdach na przeszkody próbuje czasem nade mną dominować. Miewam problemy w jego prowadzeniu, bo to silny charakter, ale tylko takie konie są w stanie odnosić sukcesy w sporcie wyczynowym" - tłumaczył Wojcianiec.

Jeśli pochodzący z Brzegu jeździec utrzyma się na olimpijskiej liście, to stanie się pierwszym od 2004 r. skoczkiem rywalizującym pod biało-czerwoną flagą. O tym, którego z koni wybierze będzie zdecyduje ich bieżąca forma.

"Serce podpowiada, że jeśli oba wierzchowce będą w równie wysokiej dyspozycji, to start życia chciałbym zaliczyć na Chintablue" - wyznał.

Święta Bożego Narodzenia spędzi w domu w Szczecinie, z przymusowym odpoczynkiem od jazdy, ze względu na trwającą rehabilitację kolana.

"Końcówka sezonu była luźniejsza, więc postanowiłem zadbać o swoje zdrowie. Znalazł się czas na rekonstrukcję więzadła i leczenie łąkotki. Mówi się, że jeździec tylko siedzi, bo rusza się koń. Tymczasem pracujemy całym ciałem, dużym przeciążeniom podlegają nasze kręgosłupy i kolana właśnie. Szczególnie, gdy spędza się w siodle po 6-8 godzin dziennie" - zauważył.

Przekazał, że święta będą tradycyjne, choć ma nadzieję, że na stole zagości mniej niż 12 potraw..

"Bez ruchu nie mogę się rozpędzać z jedzeniem. Staram się nie przybrać na wadze" - wspomniał.

W konkurencji skoków przez przeszkody Polska w ostatnich latach rzadko miała swoich reprezentantów w igrzyskach olimpijskich. W 2004 roku w Atenach wystąpił Grzegorz Kubiak, a ostatni sukces miał miejsce w 1980 roku w Moskwie. Zmarły w tym roku Jan Kowalczyk zdobył złoty medal, a drużyna w składzie: Kowalczyk, Wiesław Hartman, Janusz Bobik i Marian Kozicki wywalczyła srebrno.

Kwalifikację na igrzyska w Japonii, również po 16 latach przerwy, zapewniła sobie w 2019 r. krajowa drużyna WKKW.