Jakie pytanie w kontekście Euro 2012 najbardziej męczy człowieka odpowiedzialnego za ten projekt?

Reklama

Marcin Herra: „Panie prezesie, a czy zdążycie z budową dróg, stadionów i hoteli?”

No więc spytam i ja: zdążycie?

Powiem tak: ja w ogóle nie myślę o tym, czy się wyrobimy. Wiem, że nam się uda. Moje działania skupiają się wokół czego innego – co zrobić, by zorganizować najlepszą imprezę w historii. Mamy i pieniądze, i dobry plan, więc wierzę w to, że zrealizujemy ten ambitny cel.

Jest pan otwarty na doświadczenia innych krajów? Rozmawiał pan z organizatorami wielkich sportowych imprez?

Jestem w stałym kontakcie z szefem komitetu organizacyjnego Euro 2008, często konwersuję z ludźmi, którzy wspaniale przygotowali mundiale w Azji i Niemczech. Trzymam rękę na pulsie, uczę się od najlepszych. Robię to, bo w Polsce nie było tak olbrzymiej imprezy, nie chcę więc wymyślać koła i wychodzić przed szereg. Mam w sobie pokorę.

Reklama

By wypromować Euro 2012, trzeba pokazywać się w mediach. Tymczasem przez dwa miesiące prezesury udzielił pan tylko kilku wywiadów. Dlaczego prezes Herra unika dziennikarzy?

Ależ ja się przed wami nie chowam, najlepszym dowodem jest to, że z panem rozmawiam (śmiech). A poważnie – nie zależy mi na rozgłosie i błysku fleszy. Jestem gościem, który woli zakasać rękawy i robić swoje gdzieś w cieniu. Chcę być efetywny, a nie efektowny. W Polsce mamy wystarczająco dużo osób, które skupiają się tylko na tym, by błyszczeć w gazetach. Na promocję Euro 2012 przyjdzie czas.

Skoro tak ciężko pan pracuje, może opowie pan o swoim planie dnia?

Jestem na nogach od 7 rano do 23, cały swój czas poświęcam organizacji Euro 2012.

Czyli chodzi pan notorycznie niewyspany?

Nie, ja szybko się wysypiam, młody jestem, mam w sobie bardzo dużo energii (śmiech). Poza tym lata pracy w biznesie nauczyły mnie odporności na zmęczenie. Obecna robota to dla mnie wyzwanie życia, zamierzam z niego wyjść zwycięsko, dlatego nie mam czasu na odpoczynek.

A co jeśli się nie uda? Nie boi się pan, że zostanie wrogiem publicznym numer jeden, człowiekiem, o którym Polacy powiedzą, że zawalił organizację Euro 2012?

Czuję odpowiedzialność, ale nie boję się jej. Całe życie podejmowałem się trudnych misji, zawsze wychodziłem z nich zwycięsko. Teraz będzie podobnie.

Jest pan mocny psychicznie?

Najlepiej by ocenili to moj współpracownicy. Ja mogę stwierdzić jedno – mam spore doświadczenie w zarządzaniu. Zacząłem kierować zespołami ludzi gdy miałem zaledwie 25 lat. Nigdy nie dałem plamy, jestem osobą konsekwentną.

W Grupie Lotos zaczynał pan od nalewania benzyny na stacji, by osiągnąć pozycję jednej z najważniejszych osób w firmie. Marcin Herra to polski przykład kariery od pucybuta do milionera?

Nie demonizujmy moich osiągnięć. Jestem zwykłym facetem. Takich ludzi jak ja są setki, nie chcę by robiono ze mnie w mediach bohatera w stylu „american dream”.

Niektórzy twierdzą, że w błyskotliwiej karierze pomógł panu ojciec Marek, przez wiele lat dyrektor Rafinerii Gdańskiej. Jak pan ustosunkuje się do tych zarzutów?

Proszę pana, tata w niczym mi nie pomagał. Przeszedłem wszystkie szczeble w przemyśle paliwowym. Byłem zwykłym sprzedawcą, który studiował równocześnie prawo, a potem się wybiłem. Ale gdy ktoś we mnie wątpi, nie obrażam się. Zarzuty o nepotyzm tylko mobilizują mnie do cięższej pracy. Poza tym jak pracowałem z sukcesami za granicą, moi koledzy w Indiach nie wiedzieli kim jest mój tata. Osiągnąłem wiele dzięki swojej konsekwencji, a nie powiązaniom familijnym.

Co dobrego zdążył pan zrobić w przygotowaniach do Euro 2012?

Zatrudniliśmy koordynatorów krajowych odpowiedzialnych za najważniejsze obszary: infrastrukturę, budowę stadionów, hotele, lotniska, telekomunikację, własność intelektualną, bezpieczeństwo oraz marketing. Nawiązaliśmy dobre relacje z UEFA i stroną ukraińską.