Dwa lata temu miałem sen, że walczę z Cunninghamem - bijemy się w Madison Square Garden i wygrywam przed czasem. Widziałem go na deskach. W prawdziwej walce leżał trzy razy, ale wygrałem na
punkty.
Obawy zawsze są. Człowiek myśli, że nie wszystko może pójść zgodnie z planem. Obawia się, że zawiedzie kibiców i samego siebie. Niby jest wiara, duch walki, ale gdzieś tam głęboko
pojawiają się myśli, że coś zrobiło się nie tak.
Jestem mistrzem świata, więc muszę być zadowolony. Z drugiej strony wiem, że sporo ciosów przyjąłem, szczególnie na lewą skroń. Ale Cunningham jest niewygodnym rywalem, widać, że
zmienił taktykę w porównaniu do walk w Polsce i w Niemczech. Cofał się bez przerwy i wykorzystywał przewagę zasięgu ramion. I tak musiałem atakować, być stroną aktywną w tej walce.
Inaczej bym przegrał. To jest Ameryka, trzeba pokazać charyzmę.
E tam! Zamroczony nie byłem. Przyjąłem kilka ciosów, ale to chyba normalne? On nie ma takiego kopa, żebym po uderzeniu nie wiedział, gdzie jestem.
Też czytałem. Ostatnio przyjechał inny biały, tyle, że z Anglii i go pobił (Joe Calzaghe w kwietniu tego roku – przyp. red.). Ja też chciałbym z nim walczyć. Nikogo się nie
boję.
No pewnie! Przecież w ringu pracuję na chleb dla rodziny. Więc powiem tak: „biorę tę walkę!”.
Nawet nie wiem, ile zarobiłem. Będę wiedział pewnie za miesiąc, jak już podliczą te wszystkie procenty. Ale fakt, jakichś olbrzymich pieniędzy nie było. Przede wszystkim dlatego, że walki
nie pokazywało HBO ani Showtime. Poza tym Cunninghama nikt nie znał. Przecież on nie bił się w Stanach z pięć lat. Dlatego ostatnio tak uaktywnił się marketingowo i robił sobie promocję.
Na nic się to zdało, bo musiał uznać moją wyższość. Swoją drogą to fajny chłopak. Podziękowaliśmy sobie po walce jak dżentelmeni.
Cóż, miałbym dziurę w sercu. Byłbym rozczarowany. Przecież atakowałem, miałem go trzy razy na deskach. Jak mógłbym przegrać? Chociaż historia zna takie przypadki, na przykład w Niemczech
czy w Polsce.
Nie mam jak Darek niemieckiego paszportu i promotora, który trzymałby mnie pod kloszem. Ja poszedłem na otwartą wojnę, walczyłem z Briggsem, Bellem, teraz z Cunninghamem. To było ryzyko, ale w
USA nie ma mowy o dobieraniu rywali. Tu nie możesz sobie pozwolić na kapryszenie.
To dlatego, że był Niemcem, a tamtejszy rynek jest inny. Ale nie ma o czym mówić. Bardzo szanuję Darka. Może nie dzwonimy do siebie bez przerwy ale go lubię.
Czemu nie? Przecież to mój kolega.
Dobrze, niech pobije. On mnie jedną, ja go drugą. A tak naprawdę to cały temat jest głównie wymysłem dziennikarzy. Ja powtarzałem od dawna, że liczy się przede wszystkim Cunningham, a co
będzie w marcu, to dopiero się okaże. Mówi się o Gołocie, teraz odezwał się Hopkins. Ziggy Rozalski powtarza, że „mamy pas i to my będziemy strzelać”.
To byłby taki wyskok w przyszłość. Ale to fakt - przyjechałem do USA, żeby podbijać serca amerykańskiej widowni?
Na pewno nie. Ale nie wiem, co się wydarzy w przyszłości. To już sprawa moich promotorów z Main Events i Ziggiego.
Na razie mi to niepotrzebne. Nie ma takiego zapisu w kontrakcie. Zresztą on by mi nie dał rewanżu, gdyby wygrał.
Z amerykańską, polską mi zabrali. Nie chcę jej. Ale zaznaczam, że w tym głośnym sporze z Polskim Związkiem Bokserskim to ja miałem rację. Mam już papiery z sądu i będę się domagał od
PZB kosztów, które w związku z tą sprawą poniosłem.
Takie życie. Wierzę w przeznaczenie i w to, że tak miało być. Teraz mam dobrych ludzi i wierzę, że jeszcze trzy czy cztery lata będę się bił i zarobię trochę grosza na dalsze życie. A
spotkanie z Bagsikiem? Cóż, zebrałem sporo doświadczenia. Poza tym Bagsik zapłacił mi za walkę z Pinedą, wykupił od Dona Kinga. Gdyby nie to, dalej byłbym w niewoli. Z drugiej strony
wyprowadził moje pieniądze z Polsatu i zrobił kilka innych złych rzeczy. Ale to już za mną. Gdybym mógł cofnąć czas, poszedłbym tą drogą, do której przekonywał mnie Ziggy, drogą
Gołoty i Gattiego.
Będę walczył dopóki będę zdrowy. Kiedy poczuję, że jest coraz gorzej, skończę zabawę. Zdrowie jest najważniejsze. Mam przecież rodzinę.
Gdyby mi brakowało na chleb, to tak. W przeciwnym razie nie. Przecież 40 lat to już podeszły wiek dla boksera. Chyba, że mówimy na przykład o Hopkinsie, który ciągle jest w świetnej formie.
Andrzej miał jednak troszkę kłopotów, przyjął dużo ciosów, miał kontuzje i tak dalej. Dlatego myślę, że kolejne walki nie są dla niego dobre.
Bardzo lubię Krzyśka. Powiem tak: Włodarczyk? Jutro wieczorem mam czas. I biję tylko lewą ręką.
To nie tak. Chodzi mi o to, że w Polsce ciężko się rozwijać. Zegan walczył w Anglii, rozwijał się. Wrócił i co z niego zostało? A Mariusz Wach? Wszyscy po kolei. U nas nie ma systemu.
Można robić gale, tylko co z tego wynika? Najlepsze sparingi i największe możliwości są tutaj, w USA.
Wszystko zależy od telewizji. Jeśli będzie rywal i telewizja, która chciałaby pokazać taką walkę, to ja nie będę się chował. Dzisiaj mam pas mistrza świata i to jest najważniejsze. Z
nim pójdę do Showtime i HBO. Dzięki temu łatwiej będzie rozmawiać. Przede mną dobrowolna obrona w marcu, później obowiązkowa. Mam teraz wiele możliwości.
Roy Jones to wielkie nazwisko. Pewnie, że chciałbym walczyć. On i kilku innych to już starsi bokserzy, ale są bardzo znani, co daje możliwość zarobienia dobrej kasy. Dawson? Czemu nie.
Wszystko jest możliwe, choć pewnie nie w przyszłym roku.
Mam nadzieję. Poza tym jestem biały, a białego zawsze chcą pokazywać największe telewizje. Dlatego myślę, że moją następną walkę pokaże któraś z największych stacji.