Polscy przegrani reagowali różnie. Tyczkarka Monika Pyrek i szablistka Aleksandra Socha płakały strasznie, ale odpowiadały na pytania dziennikarzy. Nie chciało mi się wierzyć, kiedy koledzy opisujący w Pekinie mecze siatkarzy opowiadali, że nasi zawodnicy nie chcą rozmawiać. Mariusz Wlazły powiedział tylko tyle, że przemówi, kiedy zdobędzie medal. Jeżeli jest słownym człowiekiem, powinien milczeć do tej pory. I przez najbliższe cztery lata. LeBron James wie, że jego praca nie kończy się z ostatnim gwizdkiem sędziego, wie to Kobe Bryant, a nie wiedzą nasi herosi? James i Bryant wracają z Pekinu ze złotymi medali, a z czym wracają nasi siatkarze? Rozumiem, że nie rozmawiając oszczędzali energię. I skoro plan nie zadziałał, to następnym razem rozmawiać będą.

Reklama

Równia pochyła do przeciętności

Przegrali też piłkarze ręczni. Długo myślałem, że oni nie płaczą. Nigdy. Po porażce z Islandią Bartosz Jurecki leżał na boisku, potem siedział oparty o słupek bramki i płakał. Kiedy w końcu przyszedł do mix zony starał się panować nad emocjami, ale słabo mu to wychodziło. – Nie wiem, co się stało. Każdy z nas miał marzenia, które w jednej chwili prysły. To jest straszne.

Porażka jest straszna, ale dla mnie takie historie są piękne. Wiadomo, że wygrać mogą tylko nieliczni. Większość olimpijczyków albo traci jedną jedyną szansę w życiu, albo na kolejną musi czekać cztery lata. W Pekinie po raz pierwszy widziałem sportowca, który nie radził sobie z taką sytuacją. Tenisistka Olga Goworcowa wiedziała, że przegra mecz. Była 1 w nocy, Białorusinka nie miała sił, ale miała ambicję. Prosiła sędziego o przerwy, płakała i znowu grała.

Niestety, kilku z naszych przegranych zachowywało się tak, jakby nie wiedzieli, co to ambicja. Wygadywali głupstwa. Dla mnie prawdziwy sportowiec po porażce chce rewanżu. Jest wkurzony, zmotywowany. Otylia Jędrzejczak i Sylwia Gruchała wspominały o przerwie w treningach, nawet o emeryturze. Dlaczego o rocznych wakacjach nie mówił Jeremy Wariner, który w biegu na 400 m został upokorzony przez LaShawna Merritta? A już niecały tydzień po igrzyskach, w ostatni piątek w Zurychu, pokonał swojego wcześniejszego pogromcę. Czy nasze gwiazdy osiągnęły w sporcie więcej od Warinera? Można być rozgoryczonym, zbitym, nawet wypalonym. Ale sport jest tak fajny właśnie dlatego, że szybko można się podnieść, zrewanżować. Dla mnie słowa o przerwie brzmią groźnie. Takie podejście to równia pochyła do przeciętności, do zadowalania się małymi sukcesami. Jeżeli pierwszą myślą sportowca po przegranej nie jest chęć rewanżu, to być może on tego rewanżu nie chce.

Bolt czy Phelps?

Igrzyska miały dwóch atletów. Już w Pekinie zadawano pytanie, kto jest większy: Michael Phelps czy Usain Bolt. – Nie porównuję siebie do Michaela Phelpsa. On pływa, ja biegam. Zostawiam innym, by oceniali, kto jest lepszy, kto rządził na igrzyskach. Ja jestem zadowolony z tego, co ja zrobiłem – mówił Bolt, mistrz olimpijski w biegach na 100, 200 m i w sztafecie 4 x 100 m.

Rozmawiałem z fachowcem od pływania. Rozmowa była prywatna, więc nie podam jego nazwiska. Fachowiec powiedział tak: – Dla mnie wyczyn Bolta jest większy. W wodzie łatwiej o rekordy. Jeżeli jesteś mocny, łatwiej dominować na kilku, nawet zupełnie odmiennych dystansach.

Ja zgadzam się z opinią Donovana Baileya, byłego rekordzisty świata i mistrza olimpijskiego w biegu na 100 m. – Dla mnie igrzyska miały dwóch wybitnych sportowców. Bolt zrobił to, co było prawie nie do zrobienia. Phelps jest fenomenalny. Jest kolejnym wybrykiem natury, w pozytywnym znaczeniu. Obydwaj są wybrykami natury. Na pływaniu się nie znam, a Usain... Ja wiem, co to znaczy wygrać stumetrówkę na igrzyskach. Ale nie mam pojęcia, co to znaczy przebiec 100 m w 9,69 s, zwalniając na kilkadziesiąt metrów przed metą – mówił Kanadyjczyk.

Zdjęcie z chińskim niemowlakiem

Nie mam złudzeń, że sportowcy i dziennikarze widzieli w Pekinie to, co mieli zobaczyć. Świeżo zasadzone drzewa i kwiaty, nowe, czyste budynki i uśmiechniętych wolontariuszy. Ani sportowcy, ani dziennikarze nie mieli czasu, by pojechać tam, gdzie nie wszyscy się uśmiechają. Nikt nie mówił o łamaniu praw człowieka, o Tybecie. To miało być święto sportu i było. Ale nawet żyjąc pod kloszem można się było przekonać, jak bardzo Chińczycy są ciekawi świata, ciekawi tego, o czym nie mają pojęcia.

Na Plac Tiananmen miałem okazję pojechać raz. Z Centrum Olimpijskiego to kawał drogi. W 1989 r. brutalnie stłumiono tam protest studentów, a podczas igrzysk na środku obracało się gigantyczne logo igrzysk z napisem Beijing 2008. Chińczycy co chwila prosili o wspólne zdjęcie. Nie chcieli słuchać, że nie jestem sportowcem. Ważne, że jestem obcokrajowcem i mam na szyi akredytację z angielskimi napisami.

Wielki Mur jest dalej, ponad 100 km od Pekinu. Tutaj Chińczycy szli na całego. Spokojnie pozowałem z nimi do zdjęć, z ich dziećmi, z ich żonami. Ale w końcu zabawa przybrała rozmiary absurdu. Z tłumy ktoś wcisnął mi na ręce niemowlę, pstryknął zdjęcie i powiedział xiexie, czyli dziękuję.

To na murze można się było także przekonać, jak nieskutecznie oduczano Chińczyków plucia w miejscach publicznych. Tam pluli bez skrępowania. A plują na całego, z celebrą, niektórym wyraźnie sprawia to przyjemność.

Na obiektach olimpijskich plucia nie było. Żadnemu z wolontariuszy nie przyszło to nawet do głowy. Było ich 70 tysięcy, wybrańców, bo do tej pracy zgłosiło się setki tysięcy młodych ludzi. Dlaczego? – W życiu nie byłem poza Chinami – opowiadał mi wolontariusz. – Angielskiego nauczyłem się w szkole, chcę być dziennikarzem, pisać o ekonomii – tłumaczył i wiózł mnie meleksem. Żeby dłużej pogadać, zmienił trasę, a to dla Chińczyka gigantyczne wykroczenie. Złamał zasady, bo chciał słuchać o Europie, o Polsce. – Dlaczego wożę ludzi meleksem, zamiast pisać? Chciałem poznać ludzi ze świata, słuchać właśnie takich historii. Masz wizytówkę, mogę do ciebie kiedyś napisać?

Reklama

Zadanie wykonane

China Daily, przypominająca pewnie naszą Trybunę Ludu, opisywała sukcesy Chińczyków. A chińskich sukcesów było bardzo dużo. Od lat działał w Chinach program olimpijski. Dzieci z potencjałem sportowym były zabierane z domów i umieszczane w centrach sportowych. Było pewne, że Chińczykow nikt nie pobije. Zdemolowali rywali, zdobyli 51 złotych medali. Połowa z tych mistrzów pewnie przepadnie, pozostaną mistrzami jednej imprezy. Ale swoje zadanie wykonali.

My w Pekinie zdobyliśmy 10 medali. Tyle samo, ile cztery lata temu w Atenach, chociaż miało być ich więcej. Mam nadzieję, że w Londynie zdobędziemy ich 11 i wyślemy tam trzeźwych działaczy. Niestety, i jedno, i drugie jest mało prawdopodobne.