Krótko przed zakończeniem kariery, w 1999 roku, Johnson wywindował rekord świata w biegu na 400 m do nieprawdopodobnego poziomu. Pokonał ten dystans w 43,18 sekundy. Sprawił, że sprinterzy przestali nawet śnić o rekordzie i to na wiele lat. Kilka tygodni temu w Osace Wariner poprawił swój życiowy rezultat i osiągnął piąty czas w historii. Biegł do mety jednak o całe 0,27 s dłużej niż kiedyś jego wielki poprzednik.

"To dobrze, że Michael ustanowił tak niewiarygodny rezultat" - mówił 23-letni Wariner. "Dzięki temu mam do czego dążyć, mam motywację do naprawdę ciężkiej pracy. Wiele osób mówi, że nigdy nie pobiję rekordu Michaela. Ale ja, mój trener, a nawet sam Michael uważamy, że to tylko kwestia czasu. Ja wierzę, że stać mnie nawet na zejście poniżej granicy 43 s. To moje marzenie."

Nad pobiciem rekordu Michaela Johnsona pracują: Wariner i ... Michael Johnson. Mistrz sprzed lat jest dziś menedżerem młodszego kolegi. Obaj pochodzą z Teksasu. Trenerem Warinera jest ten sam Clyde Hart z uniwersytetu Baylor, który doprowadził do wielkich sukcesów Johnsona.

Na pytanie ile czasu może mu zająć pobicie rekordu, Wariner odpowiedział: "To może stać się za dwa lata, w przyszłym tygodniu, ale równie dobrze już w środę".

Właśnie tego dnia wystartuje na warszawskim stadionie klubu Orzeł w mityngu Pedro's Cup. Od wczoraj Amerykanin jest już w Polsce. Warszawa okazała się dla niego dogodnym przystankiem między ostatnim startem, niedzielnym mityngiem Złotej Ligi w Berlinie, a podróżą do Shanghaju, gdzie prawdopodobnie zakończy sezon.

"Pomysł pojawił się zaraz po mistrzostwach w Osace. Zastanawiałem się jeden dzień. Wcześniej nigdy nie słyszałem o tym mityngu, ale cieszę się, że tu jestem, bo bieg będzie całkiem nieźle obsadzony."

Jego rywalami będą m.in. Marek Plawgo i Kanadyjczyk Tyler Christopher, który w Berlinie zajął drugie miejsce za Warinerem. Kibice, którzy wybiorą się w środę na stadion Orła,mogą być pewni, że niezależnie od pogody zobaczą Warinera w okularach przeciwsłonecznych.

"Załadam je czy świeci słońce, czy pada deszcz" - przyznał sprinter. "Pomagają mi się skupić. Nie mają żadnych specjalnych szkieł, ale kiedy przez nie patrzę, nie widzę całego otoczenia, publiczności, rywali. Widzę tylko swój tor i cel przed sobą".

Jeremy nie przywiózł niestety do Warszawy złotych kolców, w których pobiegł po mistrzostwo świata w Osace (niektórzy pamiętają jeszcze jak w takich samych startował Michael Johnson). "Złote buty są na specjalne okazje" - zastrzegł Wariner. "W Osace miały obrazować, po co tam pojechałem - żeby wygrać złoto. Być może wystartuję w nich jeszcze na igrzyskach w Pekinie. A może wymyślę coś jeszcze bardziej szalonego".

Wariner będzie jedną w wielu gwiazd Pedro's Cup. Najjaśniejsza z nich to rekordzista świata w biegu na 100 m, Asafa Powell. Listy startowe wciąż nie są zamknięte i być może jeszcze czekają nas jakieś niespodzianki. Wczoraj okazało się, że zamiast wicemistrzyni świata w biegu na 400 m ppł przyjedzie... mistrzyni świata, Jana Rawlinson.