ROBERT SETLA: I nadal tak uważam. Odmówiłem F., gdy nakłaniał mnie w sezonie 2002/03 do ustawienia meczu Górnika Łęczna z Arką Gdynia. Mówił, że jak wygra Arka, to ja mogę spać
spokojnie, a moja kariera nabierze rozpędu.
I przepadłem. Po tym meczu F. przybiegł do mnie z pretensjami, a potem z ironią w głosie życzył mi powodzenia w trzeciej lidze.
Tak, bo wiedziałem, że F. może wszystko. I nie pomyliłem się, bo w kolejnych meczach dostawałem słabe noty. Zaczęło się od spotkania, w którym nie działo się nic. To był mecz o czapkę
gruszek. Kibice na mnie nie gwizdali, a działacze i trenerzy nie psioczyli. Należała mi się nota 8.0, czyli dobrze, a dostałem 7.5, czyli słabo. Notę wystawił mi obserwator z Pomorskiego ZPN,
czyli człowiek Ryszarda F. Potem podobna sytuacja powtórzyła się jeszcze trzy razy.
Tak i spytałem wprost: „dlaczego mi to robisz?”. F. jednak nie miał cywilnej odwagi i nie przyznał się, że stoi za decyzjami obserwatorów. Powiedział jednak coś, co
świadczyło o tym, że chce mnie upokorzyć i przeczołgać. Słuchając go, odniosłem wrażenie, że jak pojadę do niego i ucałuję jego rękę, to wtedy mi wybaczy i otoczy ojcowską
opieką.
Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Wchodząc do tego środowiska, wiedziałem, że F. jest mocny, że nic nie dzieje się bez jego udziału. Koledzy, którzy byli z nim w stałym kontakcie, wiedzieli wcześniej, jacy obserwatorzy
będą oceniali ich mecz, znali wcześniej oceny z egzaminów, które pisaliśmy na kursach. Mnie to dziwiło, bo mówiło się, że obsada jest tajna, że wie o niej tylko pan Leszek Saks.
Proszę sobie to dopowiedzieć.
Bardzo chciałem zostać sędzią piłkarskim. Nie marzyłem oczywiście o złej sławie, choć ta przyszła niejako automatycznie. Szybko przekonałem się, że karierę zrobię, jeśli wezmę na
swoje plecy pana F. i całe dobrodziejstwo inwentarza. Dowiedziałem się, że sędziowie, którzy trzymają z nim, nawet jak dadzą plamę, dostaną dobrą ocenę. Dobra nota to krok do przodu,
słaba to upadek na dno, z którego trudno się podnieść. Jeden z kolegów zepsuł zawody, i pomyślałem sobie, że jak dostanie 7.0, to będzie super. A on dostał prawie 8.0. Bo znał
„Fryzjera”. Więc zacząłem do F. dzwonić, oddzwaniać, pytać i tak to szło. On był bardzo bezpośredni, czasami wręcz chamski, ale pomyślałem sobie, że dla zrobienia
kariery warto trochę pocierpieć. Uwikłanie się w tę znajomość oznaczało korzyści. Poza tym wszyscy tak robili.
Od początku założyłem sobie, że będę lawirował. Pomyślałem, że jak padnie oferta, to powiem OK, a potem będę się modlił, żeby mecz zakończył się takim wynikiem, jakiego życzy
sobie F. Oczywiście pożądany wynik miał paść bez mojej pomocy.
Nigdy. To znaczy nigdy nie ułożyłem meczu. Często jednak było tak, że wynik był akurat taki, jak sobie F. życzył.
Wtedy byłem jak ten lekarz, który przyjmuje od pacjenta dowód wdzięczności po pomyślnie zakończonej operacji.
Raz po meczu Arki z Kolporterem, drugi raz po meczu KSZO z Widzewem. To było w sezonie 2004/05. Arka wygrała 4:2, a Widzew 4:1. Po każdym z tych spotkań przyjąłem korzyść finansową, choć
nie oszukałem. Dziennikarze piszą, że karne na korzyść Arki i Widzewa dyktowałem, ale zapominają dopisać, że rywale też wykonywali karne. Arka – Kolporter to był futbolowy
thriller, a Widzew tak gładko ograł KSZO, że żadnej pomocy nie potrzebował.
Na razie jeden, za mecz Arki. Będzie jednak drugi, za Widzew. Ale ja jestem niewinny. Powiedziałem prokuratorowi, że mam, w domowym archiwum kasety z tych spotkań. Nagrałem sobie, bo chciałem
mieć pamiątkę. Poza tym takie nagranie to też materiał szkoleniowy. Więc zaproponowałem prokuratorowi obejrzenie tych meczów, klatka po klatce, by sam mógł ocenić, czy oszukiwałem na
boisku.
Powiedział, że nie ma czasu, bo kaset do oglądania ma zbyt wiele. Potem dodał, że ja jestem płotką i w ogóle, że nie ma sprawy. Z tą płotką to się zgodziłem, bo nie można Setli
porównywać do piłkarza, mniejsza o nazwisko, który handlował meczami, wyniki w STS obstawiał, a potem pojechał do Wrocławia, przyznał się do winy, i nie dostał kary.
Widząc to, co działo się wokół mnie, wiedziałem, że jestem nic nieznaczącym trybikiem. Zdarzało się, że dostawałem i przyjmowałem dowody wdzięczności, ale to nie było nagminne.
Wiedziałem, że wielu kolegów ma bogatsze statystyki. Poza tym ja nigdy do nikogo nie dzwoniłem i nie uzależniałem dobrego sędziowania od pieniędzy.
To z tych klubów do mnie dzwonili i proponowali pieniądze. Ale nikt nie płacił mi przed meczem, ale dopiero po. A ja nie potrafiłem odmówić. Wiem, że źle zrobiłem, że żadnej koperty nie
powinienem brać. Nic mnie nie usprawiedliwia. Z drugiej strony, irytuje mnie to, że problem dotyczy całego środowiska, a tylko sędziowie są źli.
Co za pytanie. Przecież zszargałem sobie nazwisko. W pracy miałem kłopot, bo nikt nie chciał słuchać moich wyjaśnień. Kulisy nie miały znaczenia, ważne było tylko to, że jestem
człowiekiem „Fryzjera”
(śmiech) Prezes nie słuchał takich jak ja. Na spotkaniach znim wypowiadali się ci bardziej doświadczeni
sędziowie. Raz, jak pojawił się kłopot, to odparł: „a kto powiedział, że musicie być sędziami?”. Stało się dla mnie jasne, że albo brnę w chorą sytuację, albo daję
sobie z tym spokój. Przyjąłem pierwszą opcję, licząc, że jakoś to będzie. Pomyliłem się, zostałem zatrzymany, zawieszony jako sędzia i marzenie prysło.