Na pewno odsunie w czasie operację przeszczepu szpiku. Staram się o tym nie myśleć, ale w moim stanie ciąża jest zagrożeniem, nie mówiąc już o porodzie. Mam słabą krzepliwość krwi, rany
wolno mi się goją. Każdy najmniejszy uraz lub infekcja może skończyć się źle. Naprawdę trzeba mnie bardzo pilnować. Ale jestem pod opieką świetnych lekarzy, którzy nie raz prowadzili
ciąże kobiet z problemami hematologicznymi. Wierzę, że wiedzą, co robią. Od dwóch miesięcy jestem w szpitalu i niewykluczone, że zostanę tu do rozwiązania. Trzymają mnie tu, żeby
niepotrzebnie nie ryzykować.
Dowiedziałam się we wrześniu, dokładnie trzy dni przed wyjazdem na specjalne spotkanie - kwalifikację do przeszczepu. Miałam już nawet wyznaczoną datę operacji, w listopadzie. Od momentu
zakończenia kariery targały mną różne emocje. Była radość, że wyszłam za mąż, zaczynam coś nowego, mam więcej czasu dla siebie. Ale zdarzały się też smutne chwile, brakowało mi
siatkówki i choroba zaczęła postępować. Nie wiedziałam, dokąd mnie zaprowadzi. Wiadomość o ciąży spadła na mnie nagle. To była przede wszystkim wielka nadzieja, że jeszcze czeka mnie
coś dobrego, że mam powód i siłę, żeby walczyć. Kto wie, może w ostatniej chwili spotkało mnie wielkie błogosławieństwo. Po przeszczepie bardzo rzadko udaje się kobietom zajść w
ciążę. Dziecko, dzięki Bogu, rozwija się zdrowo. Moja choroba nie jest uwarunkowana genetycznie. Oczywiście jest też niepewność, dziecko może urodzić się słabsze. Ale z drugiej strony
jestem bardzo szczegółowo badana. Na dziś wszystko przebiega świetnie. Moja córka kopie tak mocno, że budzi mnie w nocy. Wierzę, że wszystko przebiegnie świetnie. Będę się spieszyć z
przeszczepem, najprawdopodobniej w czerwcu, żeby wrócić do rodziny.
Najpóźniej w drugiej połowie kwietnia, więc może zafunduję sobie wspaniały prezent na urodziny. Niestety nie będę mogła donosić ciąży. Mój organizm jest na to zbyt słaby. Urodzę przez
cesarskie cięcie. Termin zostanie wyznaczony tak, żeby dziecko było już zdolne samo przeżyć. Ta granica to 32 - 34 tydzień ciąży, bezpiecznie jest, kiedy dziecko osiągnie wagę 1,2 kg.
Na początku podzieliliśmy się tą nowiną tylko z najbliższą rodziną. Nie wiedzieli nawet przyjaciele. Chcieliśmy odczekać, aż będzie wiadomo, że dziecko jest w miarę bezpieczne, chociaż
tego akurat nie będziemy wiedzieć do końca. Wybraliśmy ten moment, bo coraz częściej odbywały się akcje dobroczynne na rzecz mojej walki z chorobą. Ciąża powoli zaczynała być widoczna.
Wolałam uniknąć sytuacji, że jakieś kolorowe pismo sfotografuje mnie i zrobi z tego sensację
Staram się myśleć pozytywnie, chociaż czasem czuję się jak na bombie. Nie zastanawiam się teraz nad tym, jak niebezpieczny jest przeszczep. Wiem, że najpierw czeka mnie coś ważniejszego.
Żyję od jednego badania USG do drugiego, kiedy mogę zobaczyć, ile moja córeczka urosła, przybrała na wadze, czy wszystko z nią w porządku. Szpital nie nastraja zbyt pozytywnie. Tutaj
umierają ludzie. Ale ja znalazłam na to sposób - w moim stanie trzeba przede wszystkim myśleć o sobie, inaczej się nie da. Dostaję też wspaniałe wsparcie od męża, przyjaciół i wielu
innych ludzi.
Przeczytałam o tym w internecie i bardzo mnie to zaskoczyło. To wzruszające, że nieznajomi ludzie, których łączy ze mną tylko pasja do siatkówki, starają się mi pomóc. Wysłałam do
federacji rosyjskiej podziękowania dla Giby i kalendarz, które zrobili dla mnie polscy siatkarze i siatkarki.
Codziennie wiele osób życzy mi zdrowia. W szpitalu pacjenci uśmiechają się, ostatnio pewien pan przyniósł mi jabłko, ktoś inny jogurt. To nie jest obciążenie. Ciągle dostaję sygnały,
że mój przypadek wyzwolił wielką akcję pomocy potrzebującym. Coraz więcej ludzi oddaje krew, rejestruje się w banku dawców szpiku, wpłaca pieniądze do konto fundacji. Zdarzają się też
słowa krytyki, czasem ktoś zastanawia się, po co mi to wszystko, skoro sama zarobiłam dużo pieniędzy. Ale przecież ja będę mogła wykorzystać tylko ułamek tej pomocy. Zresztą tak bym
chciała - szybko się wyleczyć i zapomnieć o tym wszystkim. A zgromadzona krew i pieniądze niech przydadzą się innym. Na pewno się nie zmarnują.