Oczywiście, że możliwe. To, czy wykorzysta się swoją szansę, zależy od różnych czynników. Ale oczekiwanie od sportowca odpowiedzi na pytanie "kiedy?' jest nie na miejscu. Tego się
po prostu nie wie.
Na pewno nie. Z Kateryną co prawda jeszcze nigdy nie grałam, kilka razy spotkałam się za to na korcie z jej starszą siostrą, Alioną. Obie są właściwie na tym samym poziomie, chociaż
Kateryna jest trochę niżej w rankingu. Nie spodziewałam się, że już na samym początku trafię na tak wymagającą rywalkę.
Jej niski ranking może być mylący, ona gra zdecydowanie lepiej - regularnie, technicznie, raczej na przerzut niż siłowo. Obie siostry Bondarenko wpadają czasem ze skrajności w skrajność. Raz
mogą przegrać bez powodu, ale innym razem są naprawdę świetne, zdolne pokonać zawodniczki z czołówki. Ja też w zeszłym roku odpadłam w Hobart w I rundzie, a resztę zimy na twardych
kortach miałam bardzo udaną.
W Sydney zagrałam trzy niezłe mecze, może poza pierwszym, z Sybille Bammer. Przegrany mecz z Dementiewą był o wiele lepszy, jeśli nie liczyć pierwszego seta. Po prostu na początku było tak
gorąco, że nie sposób było wytrzymać na zewnątrz, nie mówiąc już o grze. Właściwe powinni byli przerwać ten mecz, ale do przepisowej temperatury brakowało dosłownie stopnia czy dwóch.
Obawiałam, że zemdleję na korcie. Po każdym secie miałyśmy przerwy i chowałyśmy się w korytarzu, którym wychodzi się z kortu centralnego.
Teraz prowadzę w naszych spotkaniach dwa do jednego. Raz wygrałam z nią już wcześniej, w 2007 roku w Zurichu. A rewanż za Australię nie ma znaczenia. Każdy mecz gra się od nowa.
Staram się raczej nie pamiętać o tym, że bronię tu aż ćwierćfinału. Ale taka jest rzeczywistość zawodowych tenisistów - co roku wynik z każdego turnieju jest weryfikowany.
Wtedy z Pietrową mogłam przegrać, brakowało mi do tego raptem dwóch piłek. W tenisie nigdy nie wiadomo, kiedy mecz się skończy. Trzeba walczyć do końca.
W turnieju wielkoszlemowym, który trwa dwa tygodnie, nie odczuwa się tego. W deblu wychodzę na kort i właściwie nie czuję, że to oficjalny mecz. Nie ma presji, nikt ode mnie niczego nie
wymaga. Oczywiście zawsze chcę wygrać, ale robię to dla treningu, a nie żeby zapracować na jakiś duży wynik. Na pewno będę w debla grywać, ale na pewno nie na stałe z Ulą. Wiadomo, jaka
ona jest, wybuchowa, nerwowa, za dużo napięć z tego wynika.
Australian Open to jeden z moich ulubionych turniejów. Tu wszędzie jest blisko. Korty są właściwie w centrum miasta, nie trzeba dojeżdżać, stać w korkach. Jest więcej czasu dla siebie.
Nawet słońce, upał czy wiatr mnie nie zrażają. Bardzo podobał mi się też turniej w Sydney, gdzie byłam po raz pierwszy. Świetne korty, szatnie, doskonałe jedzenie. A na przykład w
Melbourne przed rokiem nic mi nie smakowało, przez cały turniej jadłam makaron z keczupem. Ale w tym roku całe zaplecze turnieju jest odnowione - nowe szatnie, siłownie, restauracja dla
zawodników też jest bardzo dobra.
Chyba jednak Venus Williams. Choć zastrzegam, że nie widziałam jej jeszcze w tym roku. Serenie raczej kariery tu nie wróżę.
Nawet tego nie widziałam. To takie wróżenie z fusów, jak mówi mój tata. Nie lubię tego.
Mam z tego powodu skakać z radość? Mnie takie dywagacje nie ruszają. A co będą mówić, jak jednak nie wygram? Jestem tu rozstawiona z numerem dziewiątym, więc traktuje się mnie jako jedną
z kandydatek do ćwierćfinału, czy nawet półfinału. Ale było wiele turniejów, w których jedynki odpadały na samym początku. W mediach robi się wokół tego wiele szumu, ale w życiu
zawodniczek wszystko szybko wraca do normy. Nikt zbyt długo nie rozpacza i nikt takich przegranych nie wytyka palcem przez pół roku.