Partner merytoryczny: Sports.pl

Reklama

PRZEGLĄD SPORTOWY: Zamiast szlifować formę przed mistrzostwami Europy, odpoczywa pani na plaży w Międzyzdrojach. Nie tak miało być.

MONIKA PYREK: Wszystko się poplątało pod koniec kwietnia, kiedy skręciłam nogę. Niestety lewą, czyli tą, z której się odbijam. Na początku myślałam, że nie będzie tak źle. Cholernie bolało, ale obrzęku nie było. Wyglądało na to, że szybko wrócę do zdrowia. Walczyłam o powrót do formy i walkę przegrałam.

PS: Już po tej kontuzji i rehabilitacji skakała pani jednak w zawodach. Minimum na mistrzostwa w Barcelonie nie udało się pani uzyskać.

Na treningach, z krótkiego rozbiegu, noga tak bardzo nie bolała. Z pełnego rozbiegu, z 16 kroków, ból był nie do zniesienia. Chciałam wystartować w mityngu Diamentowej Ligi w Rzymie, wypełnić minimum na Barcelonę i w miarę spokojnie przygotowywać się do mistrzostw. Niewiele zabrakło - skoczyłam 4,40, o pięć centymetrów za nisko.

PS: To nie są imponujące wysokości, dawnej z pokonaniem ich nie miała pani żadnych problemów.

Od początku maja zrobiłam co najwyżej 30 procent treningu technicznego. A ten trening był mi bardzo potrzebny, zimą zmieniłam przecież tyczki na dłuższe. Do tej kontuzji wszystko było w porządku. Podczas zgrupowania na Lanzarote wykonałam pełen plan, potem, w Formii, zaczęłam konsultacje z Witalijem Pietrowem (trener Jeleny Isinbajewej, były trener Siergieja Bubki - przyp. red.). Było bardzo fajnie. Powiedział, że skoro z 12 kroków skaczę 4,60, to co będzie z pełnego rozbiegu. Rzeczywiście, te skoki wyglądały bardzo dobrze. W Rzymie nie mogłam jednak normalnie skakać, tak bolało. Wróciłam do Poznania na kolejne badania. Okazało się, że mam naderwane więzadło poniżej stawu skokowego, w połowie stopy. Nie ma w niej rotacji. Podejrzewano też zmiażdżenie wyrostka kości, nie pamiętam już jakiej, na szczęście rezonans magnetyczny to wykluczył. Kość jest jednak napuchnięta, powiedziano mi, że wygląda jak nasiąknięty pumeks.

PS: I poleciała pani na mityng do Eugene, a potem skakała pani w mistrzostwach Polski w Bielsku-Białej. To chyba szaleństwo?

Bardzo chciałam skoczyć to 4,45. Nic mi jednak nie szło. Bez sensu.

PS: A dlaczego tak desperacko walczyła pani o wyjazd do Barcelony?



Ambicja, inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć. Teraz, kiedy spokojnie o tym myślę wiem, że na brak formy złożyło się kilka spraw. Kiedy pojawiła się ta kontuzja, zaczęły się też problemy z psychiką. Zawodnik nie może trenować, nie czuje się więc mocny psychicznie. Wszystko zaczyna się sypać. Podupadłam na duchu, a w takiej sytuacji trudno o przyzwoite wyniki. Z jednej strony chciałam walczyć o medal mistrzostw Europy, z drugiej miałam ochotę rzucić to wszystko w kąt, odpocząć i przygotować się do następnego sezonu. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Pierwszy raz tracę sezon, a tych sezonów jest za mną z piętnaście. Nie ma co ukrywać, że po tylu latach byłam już zmęczona.

PS: Kiedy ostatni raz miała pana wakacje w lipcu?

O rany... Chyba w szóstej klasie szkoły podstawowej. Potem już tylko treningi, zgrupowania, zawody...

PS: To może ta przerwa wyjdzie pani na dobre, wreszcie pani odpocznie?

Zastanawiam się, co teraz ze sobą zrobić. To dla mnie zupełna nowość. Nie wiem, kiedy wrócę do treningów. Lekarze powiedzieli, że potrzebny jest czas, by ta noga się zaleczyła. Daję sobie miesiąc na jej wykurowanie. Na razie staram sobie zaprzątnąć czymś głowę, żeby nie myśleć o skakaniu. Robię rzeczy, na które nigdy nie miałam czasu. Niby bardzo prozaiczne, ale dla mnie niezwykłe. Wykąpałam się w Bałtyku. Nie pamiętam, kiedy zrobiłam to poprzednio, na pewno było to kilkanaście lat temu. Ja, mieszkanka Szczecina, a wcześniej Gdyni. Odkąd zaczęłam uprawiać sport, nie było mnie nad naszym morzem w miesiącach, kiedy można się w nim kąpać. A morsem nie jestem. Jeździłam też skuterem wodnym i motorówką. Dałam się namówić i było pięknie.

PS: Czyli adrenaliny pani nie brakuje?

Trochę brakuje. Żeby utrzymać jej wysoki poziom będę z moim pieskiem Rokkym jeździć na wystawy - Koszalin, Sopot, potem może inne miejsca.

PS: Nie boi się pani, że już nie wróci do sportu?

Nie wyobrażam sobie, że nie będę skakać. Mam jeszcze coś do zrobienia, zostały niezrealizowane plany. Założyłam, że będę startować do igrzysk w Londynie. I trzymam się tego planu. PS: Istnieje jednak ryzyko, że po przerwie zawodnik nie da rady wrócić na najwyższy poziom. Ja patrzę na to inaczej - jest kilka przykładów, że taka przerwa była sportowcom pomocna. Chociażby Ani Rogowskiej - dwa lata jej nie było, wszyscy myśleli, że to koniec. A ona wyleczyła kontuzje i skacze na bardzo wysokim poziomie. Mam nadzieję, że ze mną będzie podobnie.

PS: Jest też przykład Isinbajewej, która zrobiła sobie roczną przerwę.

Pod koniec czerwca Jelena zjawiła się w Formii, mówiła, że będzie startować już w sezonie halowym. Ona zaczęła uprawiać sport jeszcze szybciej, niż ja, była przecież gimnastyczką. Osiągnęła wszystko, może tylko powtarzać swoje sukcesy. Ma prawo czuć się zmęczona, bo lata życia w takim tempie, w takim stresie, odbijają się na psychice. Rozumiem ją. Ja jestem znużona, a co dopiero ona. Ale spokojnie - Jelena wróci, ja też. Podam przykład, jak bardzo chcę skakać. Planowaliśmy z moim narzeczonym Norbertem dziecko, ale nadal się nie zdecydowaliśmy. Konsultowaliśmy się z lekarzami. I oni stwierdzili, że - znając moją psychikę - mogłoby się zdarzyć tak, że nie wróciłabym do skakania. Postanowiliśmy więc, że mamą zostanę dopiero na sportowej emeryturze.



PS: Wybiera się pani do Barcelony, czy obejrzy pani mistrzostwa Europy przed telewizorem?

Chyba przed telewizorem. Rozmawiałam z Markiem Plawgą, który jako kibic pojechał rok temu do Berlina na mistrzostwa świata. Dało mu to zastrzyk emocji, ale ja wolę zostać w domu. Chyba byłoby mi bardzo smutno, gdybym śledziła konkurs tyczkarek na żywo. Oglądać jednak będę, na pewno. I trzymać kciuki za Ani.

>>> Czytaj także: Anita Włodarczyk jak Justyna Kowalczyk