Dziennik Gazeta Prawana logo

Budują bombę, a piłkarzy ślą na mundial

21 czerwca 2009, 21:38
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Kiedy stałem w bramce, czułem się, jakbym pilnował bram do mojej ojczyzny" - powiedział Ri Myong Guk, piłkarz z Korei Północnej. Potem dostał kwiaty i proporce, otrzyma jeszcze kilka medali. Podobnie jak jego koledzy z drużyny. Korea świętuje pierwszy od 43 lat awans do mistrzostw świata.

Na lotnisku w Phenianie gratulowali im kibice, sekretarz KC Koreańskiej Partii Pracy i wiceprzewodniczący parlamentu. Tak "cały naród północnokoreański" witał swoich bohaterów, którzy po raz pierwszy od 1966 roku zagrają na mundialu.

Do historycznego sukcesu Korei Płn. wystarczył remis 0:0 z Arabią Saudyjską w Rijadzie. Goście grali tak, jak przez całe eliminacje - ośmiu piłkarzy się broni, a gdy nadarza się okazja, to biegną z kontratakiem. . FIFA skomentowała to w swoim zupełnie apolitycznym stylu: powrót do czołówki po tylu latach to wielki sukces. Światowa federacja wychodzi ze słusznego założenia, że futbol nie powinien mieszać się do polityki i odwrotnie. Na przykład dziennikarzom, którzy relacjonowali mecz Korei Płn. w Japonii powiedziano, że powinni pisać tylko o tym, co widać na boisku. Ale czasami futbol jest zupełnie nie apolityczny.

Jak donoszą chińskie agencje, informacja o historycznym sukcesie podopiecznych Kima Jong-Huna dotarła do Korei Płn. z jednodniowym opóźnieniem. Tyle czasu zajęło cenzorom wycięcie wszelkich ujęć i wypowiedzi piłkarzy, które nie były zgodne z oficjalną linią partii. Tak więc ci szczęściarze, którzy posiadają telewizor (szacuje się, że w Korei Płn. na 1000 mieszkańców przypada 55 odbiorników), jako pierwsi zobaczyli płaczącego ze szczęścia Jong Tae-se. Z racji pochodzenia rodziców mógł wybierać, w jakiej kadrze chciałby grać - Japonii czy Korei Płd. Wybrał Koreę Północną. Ofiara propagandy.

Jednak Jong i tak jest szczęściarzem. W przeciwieństwie do swoich kolegów z reprezentacji ma taką fryzurę, jaką chce. Zdaniem japońskich i chińskich dziennikarzy łatwo jest bowiem rozpoznać, który z piłkarzy Jong-Huna gra w klubie "wojskowym", ("klub wojskowy" w Polsce był zupełnie czymś innym niż "klub wojskowy" w Korei Płn. dziś), który w drużynie "należącej" do ministerstwa bezpieczeństwa publicznego (bo i taka jest - Amrokgang), a który do ministerstwa przemysłu lekkiego. Wszystkie drużyny łączy jedno:

"Większość północnokoreańskich kadrowiczów na co dzień gra w drużynach, które są kontrolowane przez armię. Mają normalną musztrę, treningi na poligonie, a potem na boisku" - mówi nam proszący o anonimowość dziennikarz „The Korea Times”. "Oficerowie decydują, kiedy piłkarze mogą spać, kiedy jeść, a kiedy rozmawiać.

Koreańczycy z północy nauczeni są nie przegrywać. Zahartowani w kraju, nie robi im różnicy, czy grają na krzywym boisku w Iranie, w ulewie w Japonii, czy też w 40-stopniowym upale w Arabii Saudyjskiej. To wszystko nie ma znaczenia wobec konsekwencji, jakie mogą ich spotkać w przypadku przegranej. Wielki wódz Kim Dzong Il, który przez jakiś czas wcielił się nawet w rolę menedżera kadry i "reformatora" rozgrywek ligowych, zdaje sobie sprawę, że futbol, jeden z najpopularniejszych sportów w kraju, może przysporzyć partii popularności. Na pewno nie jest tak źle, jak kilka lat temu w Iraku, gdzie piłkarzy po kompromitujących porażkach poddawano torturom.

Na mistrzostwach świata w 1966 roku Korea Płn. była rewelacją, doszła aż do ćwierćfinału, pokonując po drodze między innymi Włochów. Gdy Koreańczycy wrócili do Korei, czekały na nich medale (na Włochów w Rzymie czekały pomidory, a selekcjoner Edmondo Fabbri jeszcze przez kilka lat na boiskach Serie A słyszał ironiczne "Ko-re-a!"). Jednak nie dla wszystkich. Niektórzy - jak wspominał jeden z piłkarzy na łamach BBC -

Północnokoreańska federacja robi więc obecnie wszystko, aby uchronić swoich piłkarzy przed podobnym losem. Albo przez deprecjonowanie rywali (w zeszłym roku Korea Płn. podczas meczu w Phenianie nie pozwoliła zawiesić południowokoreańskiej flagi i odegrać hymnu sąsiadów; mecz przeniesiono do Szanghaju). Albo przez usprawiedliwianie. P Piłkarze jakoś przeżyli. I zatrucie, i powrót do kraju. Partia oczywiście uwierzyła w niegodziwość sąsiadów, a nie brak umiejętności piłkarzy.

I sporo na tym zyska. "Dzięki trosce naszego przywódcy Kim Dzong Ila nasz futbol nie ma żadnych limitów. Te mistrzostwa będą dowodem na to, że Korea Północna jest potęgą" - powiedział naukowiec z Instytutu Nauki Sportu Ri Tong Kyu.

Mówi się, że po sukcesie drużyny Jong-Huna nie będzie potrzebne żadne ministerstwo unifikacji, aby jeszcze bardziej zunifikować kraj. Oczywiście z jednodniowym opóźnieniem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj