Chętnych do kierowania światowym futbolem jest pięciu. W wyborach wystartują: Francuz Jerome Champagne (były zastępca sekretarza generalnego FIFA), jordański książę Ali Bin Al-Hussein, Szwajcar Gianni Infantino (sekretarz UEFA), Salman Bin Ebrahim Al-Khalifa z Bahrajnu (szef Azjatyckiej Konfederacji Piłkarskiej) i Tokyo Sexwale (biznesem i polityk z RPA).
O tym kto powinien zostać prezydentem FIFA i kto ma na to największe szanse mówi były prezes PZPN, działacz UEFA i FIFA, Michał Listkiewicz.
Największe kontrowersje budzi kandydatura szejka Salmana Bin Ebrahima Al-Khalify. To działacz z Bahrajnu, którego przeciwnicy oskarżają o to, że brał udział w prześladowaniu opozycji w swoim kraju. Taki kandydat na najważniejsze stanowisko w piłce?
Wspomniał Pan Jordańczyka, kandyduje też m.in. działacz z RPA. Czy tacy egzotyczni kandydaci są w ogóle do zaakceptowania przez Europę? Kibiców, działaczy?
Tak, ale mówi Pan o kompromisie, o tym jak ważna jest Europa, więc nowy szef FIFA będzie musiał bardzo brać pod uwagę to co się dzieje tutaj, u nas.
Gianni Infantiono i Jerome Champagne - czy oni nie są w jakiś sposób obciążeni tym, ze byli w środowisku ludzi, którzy zostali odsunięci od światowej piłki. Mówię o Seppie Blatterze, w jakimś sensie także o Platinimi. Generalnie, że są powiązani z dotychczasową władzą.
Ale czy jednak nie będzie ciążył nad nimi bagaż tej współpracy?
A czy najbliższe wybory mogą przynieść zmiany o których Pan mówi? Czyli w jak największym stopniu uniemożliwić taki sposób wprowadzania ludzi do władz?
Wewnętrzną demokratyczną procedurę, wewnętrzne głosowanie?
Kto z tych pięciu kandydatów jest Pana zdaniem najbardziej właściwą osobą do przeprowadzenia takich zmian? Albo najbardziej zdeterminowaną, żeby takie zmiany przeprowadzić?
Trzy mocne kandydatury, Pana zdaniem najlepsza?
A co z Blatterem? Wycofa się zupełnie na pobocze futbolu, będzie persona non grata, czy może w jakiś sposób będzie jeszcze widoczny w światowej piłce?