W czwartek przed łódzkim sądem okręgowym zakończyło się postępowanie odwoławcze w sprawie dot. m.in. niezaspokojenia roszczeń wierzycieli piłkarskiej spółki Widzew Łódź przed kilkunastu laty. Zarzut dot. niegospodarności postawiono m.in. ówczesnemu szefowi Polskiego Związku Piłki Nożnej Michałowi Listkiewiczowi (zgodził się na podawanie pełnych danych osobowych) oraz ośmiu innym b. działaczom futbolowej centrali i łódzkiego klubu.

Sąd Rejonowy dla Łodzi-Widzewa w styczniu br. uniewinnił oskarżonych. Od tego wyroku odwołała się prowadząca postępowanie w tej sprawie prokuratura apelacyjna we Wrocławiu oraz pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych, czyli byłych piłkarzy, którym klub był winny pieniądze.

Sąd okręgowy w czwartek utrzymał wyrok, "podzielając ustalenia sądu I instancji, a także wnioski, że nie można przypisać żadnemu z oskarżonych zamiaru spowodowania uszczuplenia majątku wierzycieli". Jak tłumaczył ówcześni szefowie Widzewa podjęli próbę ratowania klubu, co w efekcie się nie udało.

"Działali w celu podtrzymania działalności klubu. To działalność sportowa, ryzykowna i mieli tego świadomość także wierzyciele, którzy zawierali układ z Widzewem i on dosyć długo funkcjonował. Właśnie dlatego, że to klub markowy, z szansami, że istniała możliwość, że dla wszystkich to się dobrze skończy – długi zostaną pospłacane, a klub wyjdzie finansowo na prostą. Tak się nie stało" - powiedział sędzia Piotr Augustyniak.

"Mogło skończyć się to katastrofą już w 2000 roku, skończyło w 2004, ale w ocenie sądu okręgowego nie można oskarżonym wykazać zamiaru, że zamierzyli, by w pewnym momencie spółka upadła, a wierzyciele zostali bez ich należności" – dodał.

Wrocławska prokuratura akt oskarżenia w sprawie niegospodarności w PZPN i działania na szkodę wierzycieli Widzewa skierowała do łódzkiego sądu pod koniec marca 2012 r. Zawarte w nim zarzuty dot. m.in. ukrywania na początku lat 2000. pieniędzy przed wierzycielami klubu piłkarskiego Widzew. Według śledczych zarzuty stawiane oskarżonym dotyczyły różnych kwot, które sięgały łącznie ponad 15 mln zł.

Zdaniem prokuratury w 2000 r. ówczesny szef PZPN Listkiewicz miał polecić przekazanie należnych Widzewowi z tytułu praw telewizyjnych środków finansowych innemu podmiotowi. Dzięki temu - z pominięciem zajętych w postępowaniach egzekucyjnych rachunków bankowych klubu - z rachunku bankowego PZPN przekazano ponad 7 mln zł na rzecz niemieckiej firmy J.A.G. Sportmarketing GmbH.

W ten sposób - w opinii prokuratury - działano na szkodę wierzycieli łódzkiego klubu, m.in. piłkarzy, trenerów, innych klubów oraz instytucji.

Podobne zarzuty w tej sprawie postawiono b. wiceprezesowi związku Eugeniuszowi Kolatorowi i b. sekretarzowi generalnemu PZPN Zdzisławowi Kręcinie (zgodzili się na podawanie pełnych danych osobowych).

Aktem oskarżenia objętych zostało w sumie dziewięć osób. Oprócz Listkiewicza, Kolatora i Kręciny, to b. właściciele, prezesi, działacze i pełnomocnicy Widzewa, m.in.: Andrzej Jakub Grajewski, Andrzej Pawelec (zgodzili się na podawanie pełnych danych osobowych), Andrzej W. i Mirosław C., Ireneusz K., Jacek D.

Oskarżycielami posiłkowymi w sprawie byli m.in. Damian Seweryn i Marcin Morawski - b. piłkarze Widzewa oraz Zagłębie Lubin S.A., którym klub był winien pieniądze. Sąd w czasie procesu przesłuchał kilkadziesiąt osób działających w polskim futbolu, w tym m.in. obecnego prezesa PZPN Zbigniewa Bońka.

Zadowolenia z orzeczenia sądu nie ukrywał obecny w łódzkim sądzie Listkiewicz.

"Czuję ulgę. Od początku byliśmy przekonani, że jesteśmy niewinni. Szkoda tylko, że tak długo to trwało. Ta sprawa moim zdaniem była bardzo polityczna. Ówcześni politycy mieli PZPN na celowniku i mnie osobiście. Być może gdyby nie to, byłbym jeszcze prezesem przez cztery lata, bo swoją kadencję chciałem zakończyć mistrzostwami Europy w Polsce w 2012 roku. Okazało się jednak, że nieprawdziwe jest twierdzenie, że każdy zarzut wobec tego, kto kiedyś kręcił się przy piłce jest słuszny" – powiedział PAP były szef PZPN.