W sezonie 2019/20 najwięcej anomalii zaobserwowaliśmy m.in.: w kalendarzu. Blisko trzymiesięczna przerwa w rozgrywkach ligowych i pucharowych były sporym wyzwaniem dla zawodników i trenerów (zwłaszcza tych od przygotowania fizycznego: jak bowiem podtrzymać dyspozycję przewidzianą sezonem przygotowawczym na inny okres, jak uniknąć kontuzji przy dogrywaniu rozgrywek w wyjątkowych okolicznościach?). Czołowi zawodnicy uciekali - można nawet było ocenić, że tchórzliwie - przed pandemią (niektórzy nawet daleko, w rodzinne strony, jak Gonzalo Higuain, Diego Godin, Cristiano Ronaldo czy Zlatan Ibrahimović) inni – jak Romelu Lukaku – angażowali się w akcje pomocowe. Media społecznościowe wypełniały video-chaty gwiazd futbolu oraz ich relacje ze zmagań z formą w przydomowych siłowniach. Świat na dłuższą chwilę zwolnił, a kibice byli na ten czas jakby bliżej swoich idoli – może nawet stali się im bliżsi? Strach przed nieznanym – pomimo izolacji – przez chwilę zbliżył strony wydarzeń: aktorów z widzami.

Reklama

Efekty starcia procedur z wirusem widzieliśmy po wznowieniu rozgrywek, do czego doszło w głównych ligach między połową maja (Niemcy), a czerwca ( Hiszpania, Anglia i Włochy). Holendrzy jako pierwsi – z powodu pandemii - zakończyli rozgrywki bez rozdawania tytułów, a w ich ślady poszli z końcem kwietnia Francuzi, tyle że ci uznali status tabeli i tytuł przypadł potężnemu PSG. Po wznowieniu rozgrywek europejskich doszło do kolejnej zmiany implikującej bliżej (jeszcze) nieznaną przyszłość wielkiej piłki: puste trybuny to coś, co znane było publiczności incydentalnie (w ramach kar za kibicowskie wybryki). Restrykcje epidemiczne spowodowały, że gros meczów rozegranych wiosną publiczność obejrzała jedynie w TV i były to widowiska martwe, bowiem piłka nożna bez żywiołowości trybun jest zupełnie inną dyscypliną. Szlagiery ligowe czy pucharowe oglądało się niemal jak przedsezonowe sparingi, w których pokrzykiwania piłkarzy czy trenerów górują nad kipiącymi emocjami trybunami. Niewielkie ożywienie wniósł pomysł podkładania stadionowych odgłosów „z playbacku”, ale przecież teatralny dramatyzm futbolowych widowisk to nie tylko one – zwłaszcza, kiedy nie są żywą reakcją na boiskowe wydarzenia, a”efektem zastępczym” odtwarzanym z pliku audio. Zasłanianie plandekami pustych krzesełek podobnie – to działanie „telewizyjne”, ale smutnego wrażenia nie zmienia.

Covid zabierał, ale i dawał – m.in. rozgrywki pucharowe bez formuły dwumeczu. Jedynie spotkania 1/8 finału Ligi Mistrzów były rewanżami za spotkania rozegrane tuż przed lockdown'em, ale już mecze 1/4 i półfinały były emocjonującymi widowiskami, które rozstrzygało jedno spotkanie. W Lidze Europy „jednomeczowo” rozstrzygnięto całą wiosenną rywalizację – od 1/8 finału rozgrywek do finału w Kolonii. Istota rywalizacji sportowej tkwi w równych szansach i prawie do rewanżu. Covid zweryfikował te pryncypia, ale w zamian dał mecze na całego, bez kalkulacji, bez szansy na „remuntady” (odrabianie strat – przyp. aut) i bez rzutów karnych. Konia z rzędem temu , kto pamięta sezon rozgrywek pucharowych bez konkursu „jedenastek”. W ujęciu trudów sezonu naznaczonego epidemią wprowadzono też regulaminową możliwość pięciu zmian w ciągu meczu – byle w nie więcej niż trzech przerwach.

Reklama

W tak wyjątkowych okolicznościach można było zauważyć pewien podział. Doświadczeni kibice oraz młodzi adepci mogli zauważyć, że – nawet na najwyższym poziomie piłkarskiego świata – objawił się wyraźny podział na równych, równiejszych i nierównych.

Równi

Najrówniejsi przekrojowo okazali się piłkarze Bayernu Monachium. Niemcy wznowili rozgrywki ligowe jako pierwsi w Europie i rozegrali ich rundę wiosenną od połowy maja do końca czerwca. Klub z Bawarii jest prawdopodobnie najlepiej zarządzaną firmą futbolowego świata. Nie wydaje setek milionów na pojedyncze gwiazdy, od lat stawia na zdrowy bilans finansowy i skuteczny zespół, na który nie było mocnych w sezonie naznaczonym pandemią , o czym najboleśniej przekonała się Barcelona. Nie był to przypadek – w ostatniej dekadzie Bawarczycy byli w finałach LM aż 4 razy. Wygrali dwa, ale co najmniej dwie porażki we wcześniejszych etapach poprzednich sezonów miały kontrowersyjne tło, które całości obrazu nie zmienia.

Bayern Monachium to – obok mocno przepłaconego – fenomenu Realu Madryt, najbardziej powtarzalna ekipa ostatniej dekady. Jej fenomenalnym symbolem jest Robert Lewandowski: tytan pracy, ciągłego doskonalenia się i poświęcania drużynie, co było widoczne w dojrzałej taktycznie postawie Polaka w zwycięskim marszu niemieckiej drużyny po „Puchar z wielkimi uszami”. Triumf Bayernu nie był wielkim zaskoczeniem, ze względu na wspomnianą powtarzalność, metodyczną politykę transferową i finansową, klasyczny miks rutyny z młodością oraz skład na miarę ambicji. Kiedy przed sezonem pojawili się w Monachium Ivan Perisić oraz Philippe Coutinho, to niejeden kibic wiedział, że Bayern będzie się liczył do końca – zwłaszcza, że pod wodzą Hansi Flicka szeroki i wyrównany skład osobowy wreszcie ujawnił swój ogromny potencjał.

Robert Lewandowski zdobył dla Bayernu 247 goli i jest w tabeli wszech czasów już tylko za Gerdem Mullerem, którego nie dogoni (legendarny snajper ma blisko dwa razy więcej trafień) ale i sam będzie nie do wyprzedzenia przez długie lata. Trzeci na liście strzelców jest bowiem obecny prezes - Karl Heinz Rummenigge, który zdobył dla „Die Roten” 217 goli, a 200 ma na koncie Thomas Muller, który będzie kończył przygodę z klubem być może równocześnie z RL9 (są bez mała rówieśnikami). Bawarczyków czekają niewielkie zmiany w organizacji gry w środku pola, ale zrównoważona i metodyczna polityka klubu to gwarancja, że drużyna z Allianz Arena nadal będzie wśród faworytów wszelkich rozgrywek, a jej zwycięski cykl jeszcze potrwa. Zwłaszcza z tak powtarzalnym Lewandowskim w składzie, który w razie potrzeby poświęca śrubowanie statystyk indywidualnych, by dać (dosłownie i w przenośni) drużynie rozwinąć skrzydła innych wariantów taktycznych.

Równiejsi

Zanim widmo epidemii położyło się strachem lockdown'u na świat piłki, w jego epicentrum najprawdziwszą z bomb zdetonowała UEFA. Dziesięć lat od wprowadzenia regulacji kontrolnych znanych pod nazwą Fair Play Finansowego, europejska federacja uderzyła sankcjami karnymi w jeden z najbogatszych klubów na świecie. Za nieprawidłowości finansowe Manchester City został ukarany karą 30 milionów euro oraz wykluczeniem na dwa sezony z Ligi Mistrzów.

Rozgrywki 2020/21 i 2021/22 bez drużyny gwiazd Pepa Guardioli? Rzecz brzmiała tak nieprawdopodobnie, że jeszcze w kwietniu czołówka Premier League monitowała sprawę w kwestii, czy aby na pewno takie orzeczenie wejdzie w życie. Dla rywali MC to była strategiczna informacja, bo dodatkowe miejsce w pucharach to ewentualna potrzeba inwestycji, a te trzeba ostrożnie rozliczać - jest przecież FPF, które nie pozwala wydawać więcej niż się zarabia. Na tym wpadli przecież „Citizens”, którzy wpłaty dokonywane przez spółkę właścicieli przedstawiali jako dofinansowania sponsorskie. Władze klubu nie były zaskoczone i zapowiadały odwołanie – i nie ma tu żadnego drugiego dna, ot procedury. Czarnym scenariuszem był w takiej sytuacji potencjalny exodus gwiazd, które chcą błyszczeć w meczach LM oraz pobierać z tego tytułu adekwatne apanaże.

Znak zapytania można było również wtedy postawić przy umówionej realizacji kontraktu ze sponsorem technicznym, bo bez LM i gwiazd inna byłaby wartość medialna i siła marketingowa drużyny, inny poziom realizacji świadczeń dla marki Puma, która związała się z „Obywatelami” na 10 lat za 650 milionów funtów. Na rozstrzygnięcie trzeba było poczekać do połowy lipca, kiedy Trybunał Arbitrażu Sportowego (TAS) w Lozannie, uznając odwołanie klubu, oddalił decyzję UEFA stwierdzając niedostateczne dowody nadużyć i niwelując wyrok do „jedynych” 10 milionów euro kary. Kwota marzenie za transfer polskiego piłkarza z ekstraklasy jest przysłowiowymi „frytkami” dla Szeików – zwłaszcza, że „nieprawidłowości” dotyczyły wpłat od dwóch podmiotów w latach 2013 – 16. Nie została podana wartość umowy z firmą Etisalat (telekomunikacja w Abu Dhabi), a Etihad (linie lotnicze) „nieprawidłowo” zasiliły Manchester City kwotą 220 milionów funtów. Kto przegrał najbardziej? Zdaniem niżej podpisanego i FPF (jako niedoskonałe narzędzie, którego funkcjonowanie należy zweryfikować gdyż jest egzekwowane nierówno i ogranicza część klubów) i UEFA, a w zasadzie jej prawnicy, którzy nie byli w stanie udowodnić zarzutów wytoczonych medialnie przez federację. Najbardziej zaś przegrały marzenia kibiców – zwłaszcza tych najmłodszych – które obdarto ze złudzeń i wtłoczono w kanon mówiący, że „bogatemu wolno więcej”. UEFA straciła też szanse na skuteczne skarcenie „klubu secesjonisty”, którego prominentnym członkiem jest Manchester City.

To wydarzenie może być niezdrowym precedensem i początkiem końca rozgrywek w kształcie, do którego przywykliśmy – zwłaszcza w obliczu recesji. Grupa najbogatszych klubów od lat bowiem dąży do wyjścia spod egidy UEFA i założenia rozgrywek Superligi, w której to kluby byłyby beneficjentami świadczeń sponsorskich i medialnych, a nie dostawały udział od UEFA jak to ma miejsce w przypadku Ligi Mistrzów czy Europy. Tak czy owak futbolowa centrala - także wizerunkowo - przegrała wiele. Jak wiele? Czas pokaże. Na razie absmak sięgnął dna, kiedy miesiąc po ułaskawieniu od kary i dyskwalifikacji, Manchester City był – przez chwilę – głównym faworytem do zatrudnienia Leo Messiego, który „źle zniósł” ćwierćfinałowa klęskę (epickie 2:8 z Bayernem) w LM. Przez dwa tygodnie wydawało się, że Messi zamieni Katalonię na Manchester (…), ale – może sprawiedliwie – zapały stron schłodziła interpretacja klauzuli odstępnego, którą w końcu jednoznacznie uznano za ważną (spierano się o to, czy lockdown wydłużył jej termin) i Leo – volens nolens - „musiał zostać” w Barcelonie, mimo określenia jej projektem nie rokującym nadziei na sukcesy....

Nierówni

Katalończycy od lat byli faworytami tylko na papierze swoich najzagorzalszych fanów - decydująca rozgrywka o europejskie laury szła między innymi firmami piłkarskiego Olimpu. Od lat zauważalne były też nierozsądne ruchy kadrowe Blaugrana, którzy od lat są liderem pod względem wysokości kontraktu ze sponsorem technicznym. Od sezonu 2018/19 marka Nike płaci Katalończykom 155 milionów euro za sezon! Poprzednia umowa gwarantowała im 85 milionów, a – co znamienne – kiedy Josip Luis Nunez podpisywał pierwszą umowę w sezonie 1998/99, ta gwarantowała „Dumie Katalonii” 120 milionów euro – tyle, że po 12 za rok. Zaplecze i słynny know- how szkoleniowy, kibice na całym świecie, wspaniałe kontrakty sponsorskie, gwiazdy na boisku – nie wystarczyło to do sukcesu, a Barcelona A.D 2020 padła, jak wielki bokser. Z dużym hukiem.

Bayern rozbił i upokorzył Blaugrana, a ci nie mogli mieć tym razem w zanadrzu efektownej „remuntady”, bo o awansie rozstrzygał jeden mecz. Skończył się ich cykl, który chyba trwał zbyt długo pod parasolem ochronnym lukratywnych kontraktów i Leo Messiego, którego magia przestała działać cuda. Zwłaszcza, kiedy zabrakło Xaviego czy Iniesty, a następcy niekoniecznie nadążali za ich umiejętnościami. Quo Vadis Messi? Fenomen światowy, jakim jest La Masia, symbol systemu szkolenia Barcelony, przetrwa i to. Ona może być znowu źródłem życia dla Barcy – zwłaszcza w dobie recesji. Przyszedł czas na duże zmiany. Czas pokaże, czy przywódcą na miarę czasów i oczekiwań będzie Ronald Koeman i jak ułoży się jego relacja z Messim, który życia dwóm poprzednim trenerom nie ułatwiał.

Barcelona zeszła z areny straszliwie upokorzona, a kibice dostali najlepsze z igrzysk: krwawe i bezlitosne. Przy pustych od miesięcy trybunach im należało się to najbardziej. Mniej strasznie, ale również w niesławie swój cykl – u podstawy którego leży pewna niegospodarność bogactwem (vide casusy m.in. Bale'a, CR7 czy Edena Hazarda), wydaje się zakończył również Real Madryt. Ale Blancos chociaż ustanowili rekord zdobyczy europejskich, który sami mogą tylko poprawiać. Nie ustrzegli się przy tym pochopnych i kosztownych zakupów, albo zbyt długich kontraktów. Nie pomyślano też, jak zapobiec wypaleniu młodych zawodników o bajecznych umiejętnościach, którzy zdobywszy wszystko mówili głośno o apatii i braku motywacji (Asensio czy Isco), na leczenie których brakuje czasu wobec konieczności zarabiania na lukratywne kontrakty swoich gwiazd. Współczesne budżety topowych klubów są napompowane kosztami do granic możliwości , są bezwarunkowo zaprogramowane na trwanie w sportowym sukcesie i dobrej formie – zawodników, drużyn, ich sponsorów oraz nieustającym wzroście społecznej konsumpcji. Spadek formy, kontuzja, brak międzynarodowych (najlepiej) laurów to koszty bez pokrycia we wpływach - generują problemy ze sprzedażą zawodników (czy nawet wypożyczeniem wobec pensji, na które stać niewiele klubów).

Podobnie ma się kondycja sponsorów, których tylko wysoka sprzedaż warunkuje budżety marketingowe, z nich pochodzą środki m.in. na sponsoring sportu. Wielu z nas ma zapewne poczucie, że wszystkie te elementy znalazły się na ostrzu noża, zwłaszcza wobec nadciągającej recesji, która zaburzy dotychczasowe modele funkcjonowania w zakresie konsumpcji oraz organizacji biznesu.

Nierówne w sezonie 2019/20 były dla uczestników rozgrywki pucharowe, co było widać chociażby w rewanżowym meczu LM pomiędzy Juventusem a Olympique Lyon, w którym brak świeżości turyńczyków nie pozostał niezauważony. Włoskie drużyny przystąpiły do rozgrywek pucharowych z marszu po dogrywaniu sezonu w warunkach właściwych dla obozu służb specjalnych. Wiemy, czym jest włoski klimat w czerwcu i lipcu, a końcówkę Serie A grano w natężeniu rzędu 5 spotkań w 10 dni. Nie przeszkadzało to francuskim mediom cieszyć się ze zwycięstwa i – potem – z dwóch drużyn w półfinałach rozgrywek LM, do których przystąpiły po dwóch miesiącach rozbratu z intensywnym rytmem gry. Tym bardziej gorzko należy spojrzeć na decyzję włodarzy France Football o rezygnacji z przyznawania Ballon d'Or przez brak równych szans z powodu pandemii. Ten brak konsekwencji, a może nawet pewnego rodzaju hipokryzja, najbardziej dotknęły Roberta Lewandowskiego, który bezsprzecznie w mijającym sezonie zapracował na to indywidualne wyróżnienie. Mam jednak wrażenie, że przy klasie Bayernu i powtarzalności zawodnika, jest ono niemal jego przeznaczeniem. Ze Złotą Piłką czy bez, dla Polaków i nie tylko jest najlepszym piłkarzem minionego sezonu, co wielokrotnie podkreślała np. La Gazzetta dello Sport.

Dokąd zmierzamy?

Przed nami sezon 2020/21. Co nas czeka? Puste trybuny stadionów i brak tłumów w galeriach handlowych to ciosy w modele biznesowe klubów – tych małych i tych wielkich. Jedne mają stadiony wielofunkcyjne, dochody z biletów, gastronomii, sklepów z pamiątkami, centrów biznesowych oraz eventów organizowanych na nowoczesnych arenach sportowych. Inne zarabiają tylko w dniu meczu, ale i małe i duże firmy zależą od publiczności na trybunach, kwot sponsorów, a ci sprzedają jakieś FMCG. Recesja jest już niemal pewna, a objawi się w pełnej krasie już od nadchodzącej jesieni. Czy i na ile zweryfikuje ona model konsumpcji, na którym bazuje model biznesowy współczesnej piłki? Kto będzie płacił bajeczne kontrakty w sytuacji, w której nastąpi weryfikacja potrzeb i dobra luksusowe staną się zbędne i dla większości nieosiągalne, a status luksusu obejmą dotychczasowe dobra pierwszej potrzeby?

Ograniczenia budżetowe nawet największych klubów są widoczne w trwającym (do 5 października) oknie transferowym, w którym próżno wypatrywać hitów, które pozwalały kibicom marzyć. Kluby są zmuszone najpierw sprzedawać, by mieć za co kupić. Preferuje się również zawodników wolnych, na końcówkach kontraktów lub stawia na różne warianty wypożyczeń, nie ma mowy o biciu kolejnych rekordów kwotowych. Podstawowym zagadnieniem pozostaje wciąż pytanie o kibiców, którzy w wymiarze widowiska i biznesu współtworzą wielką piłkę. Kto, kiedy i za co zasiądzie na trybunach, stworzy atmosferę (łożąc częściowo na budżety) wspaniałych widowisk piłkarskich? Na ile bezpieczne są widowiska masowe i przemieszczanie się przy założeniu drugiej fali Covid-19, na ile przewidywalna jest nasza przyszłość ekonomiczna oraz jak wyewoluuje świat wielkiej piłki? Odpowiedź na te pytania w półroczu, które przed nami.