Równo sto dni trzeba było czekać na powrót rywalizacji w Premier League. Najpierw na boisko wybiegli piłkarze w Birmingham, gdzie broniąca się przed spadkiem Aston Villa podejmowała nadspodziewanie dobrze spisujące się Sheffield.

Reklama

Do najważniejszej sytuacji doszło w 42. minucie. Norweski bramkarz gospodarzy Oerjan Nyland złapał dośrodkowaną z rzutu wolnego piłkę i ewidentnie wszedł z nią do bramki.

Sędzia Michael Oliver gola jednak nie uznał, a piłkarzom pokazywał gestem na swój zegarek. Technologia goal line polega na tym, że po tym jak piłka przekroczy linię bramkową, arbiter dostaje sygnał na zegarek. Tym razem coś jednak zawiodło.

Operator systemu wystosował oficjalne przeprosiny. Zapewniono, że system był testowany przed spotkaniem, a taki błąd miał miejsce po raz pierwszy, choć z goal line korzystano już w ponad 9000 spotkań. Poinformowano, że wszystkie siedem obsługujących system kamer było przysłoniętych przez piłkarzy lub bramkę.

Aston Villa nadal w tabeli jest 19., a do miejsca gwarantującego pozostanie w Premier League traci punkt. Sheffield natomiast awansowało na szóste miejsce.

Czysto sportowe emocje były w Manchesterze, ale też miały negatywnego bohatera. Do porażki Arsenalu walnie przyczynił się bowiem David Luiz.

Brazylijski obrońca mecz zaczął na ławce rezerwowych, ale na boisko wszedł już w 24. minucie, bo kontuzji doznał Pablo Mari. Luiz pierwszy poważny błąd popełnił tuż przed przerwą, a na gola zamienił go Raheem Sterling.

Natomiast na początku drugiej połowy spowodował rzut karny, którego wykorzystał Belg Kevin de Bruyne. Więcej już drużynie Luiz nie zaszkodził, bo za ten faul został ukarany czerwoną kartką.

W doliczonym przez sędziego czasie gry trzecią bramkę zdobył Phil Foden.

Mimo zwycięstwa Manchester ma tylko matematyczne szanse na obronę tytułu. Na dziewięć kolejek przed końcem sezonu zajmuje w tabeli drugie miejsce, a do prowadzącego Liverpoolu traci aż 22 punkty.

Przed rozpoczęciem obu spotkań piłkarze przyklękli na jedno kolano w geście sprzeciwu wobec rasizmu. Na koszulkach zamiast nazwisk mieli natomiast napis "Black Lives Matter".

Od ponad dwóch tygodni na ulicach miast USA i innych krajów trwają protesty związane z brutalnym zabójstwem George'a Floyda. 46-letni Afroamerykanin zmarł w Minneapolis po tym, jak leżąc na ziemi został przyduszony kolanem przez policjanta. Sprawiedliwości rasowej zaczęli domagać się także sportowcy.

Minutą ciszy złożono także hołd ofiarom pandemii. Wyrażono również podziękowania dla służb medycznych.

Reklama

Na trybunach nie ma kibiców, a na stadionach podczas spotkań może się pojawić najwyżej 300 osób. Wszyscy podlegają restrykcyjnym przepisom, które mają zminimalizować ryzyko zakażenia koronawirusem.