Pominięto go przy powołaniach na Mistrzostwa Świata w Rosji, ale po kilku miesiącach był w AC Milan, a rok potem w Berlinie. W międzyczasie zaliczył dziesięciu trenerów i zgubił skuteczność. Na jakim etapie kariery jest polski napastnik?

Reklama

W czasach kapryśnych gwiazd wymagających obsługi z każdej strony, on zapakował swój dorobek do samochodu i w dwie doby przyjechał do Genui pod siedzibę klubu, a potem w dwa miesiące został królem gola” - zachwycała się „La Gazzetta dello Sport” na przełomie września i października 2018 roku.

Świetne przeciętności początki

„Bella Italia”, Genua, stolica Ligurii, rodzinne miasto Krzysztofa Kolumba – niecała godzina drogi do Portofino czy San Remo, niewiele więcej do Monte Carlo. Wspaniałe okoliczności do inspiracji i życia z pasją. Żyć nie umierać, a w zasadzie: nic tylko trenować i strzelać. I tak też było. Krzysztof Piątek wszedł do drużyny „po kowbojsku” - z drzwiami i futryną. W pierwszym meczu przedsezonowych przygotowań: 5 goli w pierwszej połowie meczu z reprezentacją Val Stubai (Austria), gdzie odbywało się zgrupowanie. Genoa pokonała rywali 13:0, ale oczy mediów przykuł skuteczny Polak, który w kolejnym meczu podtrzymał passę. Tym razem ofiarą Krzysztofa Piątka padli zawodnicy czwartoligowego St. Georgen, którym nasz rodak zaaplikował sześć goli.

Zaowocowało to zainteresowaniem „La Gazzetta dello Sport”. Zawodnik udzielił jej pierwszego wywiadu będąc kompletnie nieświadomym, że rozmawia z przedstawicielem czołowej gazety sportowej w Europie.

Ciężko pracuje, by dogonić swoje marzenia, a chcę tylko strzelać gole – coraz więcej i jeszcze częściej. Myślę i żyje z dnia na dzień – nie wybiegam myślami zbyt daleko w przyszłość” – powiedział polski napastnik. Nazajutrz pojawił się po raz pierwszy na pierwszej stronie wydawnictwa o charakterystycznym różowym kolorze papieru... tak zaczynała się „Piątkomania”. Nie od razu przecież, bo gole w przedsezonowych sparingach z amatorami nie są aż tak poważnie odbierane , ale nasz bohater i regularny sezon rozpoczął dużym strzelaniem. W pierwszym oficjalnym meczu – z Lecce w Coppa Italia – Piątek ponownie trafił, a cztery gole (wszystkie w pierwszej połowie) dały „Grifone” zwycięstwo 4:0, zawodnikowi zaś miejsce w historii klubu. Polak został pierwszym zdobywcą „pokera” (tak określa się w Italii cztery zdobyte gole w meczu) w historii udziału klubu z Genui w meczach krajowego pucharu.

Od czwartej kolejki Serie A, wiadomo było, że w Genui rządzi „Il Pistolero”. To właśnie 27 września 2018 w meczu przeciwko Chievo (z Mariuszem Stępińskim w składzie) Krzysztof Piątek pokazał charakterystyczną „cieszynkę”: przejął piłkę przed polem karnym po jego lewej stronie, „złamał” do środka pola i strzałem prawą nogą posłał piłkę do siatki, a potem w geście radości zrobił ślizg na kolanach i pokazał firmowy gest rewolwerowca - pisała „La Gazzetta dello Sport”.

W połowie października „Il Pistolero” miał już na koncie 9 goli w Serie A, a że były to statystyki przywołujące największe gwiazdy „calcio” (podobne starty we Włoszech notowali Gabriel Batistuta i Andrij Szewczenko , a ciut gorszy był 20 lat wcześniej niejaki Luis Nazario da Lima czyli Ronaldo R9 „il Fenomeno”) to we Włoszech zaczęła się nakręcać „Piątkomania”.

Dolce vita: Oby w każdą niedzielę był Piątek.

Wyjątkowość piłkarza dostrzeżono w metodycznej Italii bardzo sprawnie: strzelał gole prawą i lewą nogą oraz głową, skutecznie egzekwował karne, nie unikał poświęcenia w grze dla drużyny . „La Gazzetta dello Sport” dedykowała „młodym perspektywicznym” (U-23) zawodnikom ligi specjalną serię publikacji. Cykl był pod patronatem marki Gillette, a Krzysztof Piątek – już w październiku 2018 został bohaterem premierowej publikacji. Na koniec sezonu znalazł się się w „jedenastce sezonu” w tej kategorii wiekowej. „Jeśli chodzi o strzały po ziemi jest precyzyjny jak Gigi Riva (legenda włoskiej piłki lat '60 tych - przyp. aut) , w kwestii boiskowego oportunizmu ma coś z Filippo Inzaghiego, ale nie gra jak on na krawędzi spalonego” - nikt nie kwestionował medialnych wypowiedzi prezesa CFC Genoa. Enrico Preziosi zachwalał swojego zawodnika, a ten strzelał. Media szalały, Polak nie schodził z pierwszych stron włoskich tytułów sportowych: „La Gazzetta dello Sport”, „Corriere dello Sport”, „TuttoSport” i niezliczona ilość gazet czy portali – włoskie media miały nowego idola, był nim nieznany Polak, który z kolei jako swego idola wskazywał m.in. Roberta Lewandowskiego. Chyba nawet Zbigniew Boniek nie miał na koncie tylu pierwszych stron podczas swoich lat świetności.

Skromny snajper, który z goli uczynił swoją mantrę”, „ Genoa to Piątek”, „Piątek jest bezlitosny”, „Piątek rozpala europejskich gigantów” - to tylko część nagłówków z pierwszych stron gazet czy portali, a na fotografiach on: Krzysztof „Il Pistolero” Piątek, który rundę jesienną ligi w barwach genueńczyków skończył z dorobkiem 13 goli. Ciężko było myśleć, żeby Piątek w takiej dyspozycji grał w Genui dłużej niż 2-3 sezony, ale szybki transfer do AC Milan stał się przyczyną do jeszcze bardziej intensywnego szaleństwa w mediach. Kibice Genui byli wściekli, bo odchodził najskuteczniejszy napastnik, którego gole dawały nadzieje na sezon ponad oczekiwania. Ale na prezesowską wyobraźnie (doby Fair Play Finansowego zwłaszcza) najbardziej działają kwoty, a zwłaszcza takie, które wiązały się z transferem „rewolwerowca” kupionego za 4 miliony euro. „Jestem osaczony telefonami z Włoch i całej Europy. Dzwonią tylko czołowe kluby. Nie oszukujmy się: wiem, że odejdzie bo jest świetny. Zaproponują mu dziesięć razy wyższy kontrakt, zarobi on i ja - taka jest naturalna kolej rzeczy. Strzela gole i jest kluczowym zawodnikiem drużyny, a ja muszę myśleć o niej i klubie”. Tak prezes Enrico Preziosi komentował najprawdziwszy medialny cyklon, który rozpętał się - nie tylko we Włoszech - wokół Krzysztofa Piątka. Polak w przeciągu pół roku najpierw zamienił Kraków na Genuę, a potem Ligurię na Lombardię: za blisko 35 milionów euro trafił do AC Milan, siedmiokrotnego zdobywcy Ligi Mistrzów. W pół roku 23 letni zawodnik z dolnośląskiej Niemczy kilkunastrokrotnie zwiększył swoje zarobki. Niemal wakacyjna podróż do słonecznej Italii zaowocowała fantastyczną skutecznością i bajecznym rozwojem kariery, w której wychodziło wszystko. Zawodnikowi nie przewróciło się w głowie, ale zauważyć należy jak intensywny był to czas. Zwłaszcza, że napastnik został również powołany do reprezentacji Polski, a rok zwieńczył ślubem z Pauliną Procyk – prawniczką i blogerką modową. Takie tempo wydarzeń nie mogło pozostać bez wpływu na wydajność wszelkich zasobów (emocjonalnych, mentalnych, fizycznych) człowieka i sportowca.

Początek końca: Derby Mediolanu, język włoski i Zlatan Ibrahimović.

Zaczęło się od szumnego podpisania kontraktu oraz zdjęć z pionem sportowym klubu, a na nich były zawodnik Cracovii i Paolo Maldini, Zvonimir Boban oraz Leonardo – legendy światowej piłki

Reklama

W mediolańskim debiucie w Pucharze Włoch ustrzelił dublet z Napoli, czym rozkochał w sobie całe San Siro i zdobył zaufanie szorstkiego trenera (też legendy klubu) Gennaro Gattuso. Potem strzelił sześć goli w sześciu kolejnych spotkaniach, a media wrzały. „Pistolero to Midas”, „Piątek w gazie znowu trafia i powiększa swój dorobek”, „To nowoczesny napastnik, który ma szanse zostać centralną postacią drużyny”, „Jest punktualny jak listonosz” - szaleństwo na punkcie nowego napastnika AC Milan trwało w najlepsze. Były dyrektor zarządzający za czasów prezesury Silvio Berlusconiego – Adriano Galliani – widział w Piątku i Brazylijczyku Paqueta (również sprowadzonym na przełomie 18/19 roku) „nowy superduet: będą jak Szewczenko i Kaka”.

W nowym mieście, jednej ze światowych stolic mody (obok Paryża, Tokio i NYC) , w nowym miejscu pracy, Krzysztof Piątek błyszczał na boisku i w świetle fleszy, bywał z narzeczoną w modnych miejscach (zaproszenie przysłał nawet dom mody Armani), podchodzili do niego dawni gwiazdorzy futbolu, znani i zwykli Włosi – skuteczny napastnik natychmiast stał się we Włoszech celebrytą. Zawodnik był na sportowym i medialnym topie. Jedna z mediolańskich lodziarni dedykowała mu nawet smak chłodnego deseru, a Piątek był „ice cold” na boisku – strzelał gole z zadziwiająca regularnością - do czasu. Pewnego rodzaju punktem zwrotnym stały się 223. Derby Mediolanu z marca 2019 roku, w którym Krzysztof Piątek wystąpił jako pierwszy Polak w historii tej prestiżowej rywalizacji. Obrońcy Interu okazali się dla Polaka przeciwnikami nie do przejścia, obnażyli wszystkie jego ograniczenia, nie dali pograć. Czy kryzys „rewolwerowca” zaczął się właśnie wtedy? W kolejnych jedenastu meczach Piątek zdobył tylko trzy gole, Milan nie zrealizował sezonowych celów, przegrał batalie o Ligę Mistrzów (do której dostały się Juventus, Napoli, Atalanta oraz Inter) a do Ligi Europy Rossonerich nie dopuszczono ze względu na nieprawidłowości związane z rygorami fair play finansowego. To musiał być cios dla Krzysztofa Piątka, który jechał do Włoch by mierzyć się z najlepszymi, a takie pojedynki przecież odbywają się właśnie w europejskich pucharach. Kto wie, czy to właśnie wtedy nie zaczęło się – w psychice piłkarza - utrwalać pojęcie kryzysu, który w pełni objawił się w kolejnym sezonie. Na dodatek zwolniono kolejnego trenera, piłkarz wziął ślub, zagrał w reprezentacji dla której strzelił kilka bramek. Czyżby w tym zamieszaniu nikt z otoczenia piłkarza nie zauważył, że miał on prawo być wyczerpany? Był po sezonie, w którym przeżył wiele, szybko, w krótkim czasie.

Jak niesprawiedliwy potrafi być los piłkarza pokazało pierwsze półrocze kolejnego sezonu, w którym Polakowi przyszło pracować z piątym szkoleniowcem od czasu pobytu we Włoszech. Po Ballardinim, Juriciu i Prandellim w Genui oraz dobrym początku z Gattuso, polski napastnik miał zyskać nową jakość pod okiem Marco Giampaolo – wedle publikacji medialnych, wschodzącą gwiazdą włoskiej szkoły trenerów. „Drugi sezon w Milanie? Koszulka z numerem 9, powrót do Ligi Mistrzów i korona króla strzelców”– mówił Krzysztof Piątek w wywiadzie z 26 lipca 2019 roku, udzielonemu „La Gazzetta dello Sport”. Z rozpoczęciem nowego sezonu baczniej zaczęli się przyglądać poczynaniom Piątka na boisku również gracze defensywni rywali, a polski napastnik mierzył się nie tylko z nimi, ale również z oczekiwanaiami nowego trenera. Polskiemu napastnikowi nie szło, szkoleniowiec oczekiwał od niego większego czasu gry poza polem karnym, zaangażowania w grę z zespołem, czyli inaczej niż u poprzednika. Pod wodzą Gennaro Gattuso "Rossoneri" grali przede wszystkim w ustawieniu 4–3–3, a krewki kalabryjczyk tak samo jak w latach świetności na boisku, tak samo z ławki trenerskiej, eksplozywnie przeżywał i motywował swoich zawodników. Introwertyczny Giampaolo błądził we mgle: 4-3-2-1, 4-3-1-2: wyników nie było, a Milan rozczarowywał raz za razem, aż na trybunach zaczęły się pojawiać gwizdy. W mediach – dotąd przychylnych Polakowi – zaczęły się pojawiać elementy powątpiewania czy krytyki, z czasem coraz bardziej zasadnej, bo coraz częściej wyglądało, że Piątek nie rozumie istoty gry, był poza nią. Nie była to tylko jego „wina”, bo o ile Gennaro Gattuso potrafił – temperamentem i zaangażowaniem – utrzymać Milan w grze o puchary, o tyle spokojny Giampaolo błądził, a i gra reszty zespołu przyprawiała kibiców o rozpacz. Krzysztof Piątek był tym, który obraz niemocy najlepiej uosabiał. Można było też odnieść wrażenie, że Piątek nie potrafił się ze swoich kłopotów wytłumaczyć, że nie zaistniał dość wyraźnie w szatni i w oczach trenera, a to za sprawą (nie)znajomości języka. Pół świata kpi ze zdolności lingwistycznych Włochów, więc angielski Piątka mógł być nieskutecznym narzędziem komunikacji. Włoskiego zawodnik „uczył się w internecie”, ale już po roku pobytu próżno było szukać jego wywiadów w języku pracodawcy. Ten element mógł być jednym z tych, które zadecydowały o przyszłości zawodnika, zwłaszcza kiedy – po zwolnieniu Giampaolo – przyszedł Stefano Pioli, któremu z końcem rundy jesiennej sprezentowano Zlatana Ibrahimovicia. Krzysztof Piątek wypadł wtedy zupełnie z gry, miał na koncie ledwie cztery ligowe gole, a przy Szwedzie przebudzili się nagle Ante Rebić i Leao. Mediolańska przygoda „rewolwerowca” dobiegła końca, ale niezwykłe zdarzenia trwały nadal.

Pio, pio, pio i co dalej? Achtung Berlin czy renesans „rewolwerowca”?

Za niecałe 22 miliony euro napastnik stał się zawodnikiem Herthy Berlin, do której sprowadził go słynny Jurgen Klinsmann, były napastnik, co rokowało na doskonałą chemię między trenerem, a zawodnikiem. Znowu do czasu i to krótkiego, bo „Klinsi” pokłócił się z zarządem i zrezygnował z posady, a nasz rodak został z jego niezrealizowanymi obietnicami. Następcą niemieckiego internacjonała został Alexander Nourimi, ale i on ani nie wskrzesił „rewolwerowca”, ani nie poprawił znacząco gry berlińczyków. W środku lockdown'u zastąpił go Bruno Labbadia. Pod jego batutą piłkarz nie wrócił do dawnej formy strzeleckiej, a nadto nie był zawsze pierwszym wyborem. Jego dotychczasowy dorobek strzelecki w stołecznej drużynie to pięć trafień, a że od piłkarzy za dziesiątki milionów euro wymaga się więcej, to znowu coraz głośniej o kolejnym transferze Polaka. Tym bardziej, że po godzinie bezbarwnej gry w pierwszym meczu sezonu został zmieniony przez rywala do miejsca w składzie, a ten strzelił gola na 3:1 dla Herthy. Media widzą naszego zawodnika jako czwarty wybór trenera, a więc sytuacja kopiuj/wklej z końcówki epizodu w Milanie.

Wnikliwi obserwatorzy medialnych wypowiedzi „rewolwerowca” mogli też zauważyć, że ten przestał wymieniać jednym tchem RL9 jako wzór czy inspirację. W przeszłości obok kapitana reprezentacji były nimi Harry Kane, Thierry Henry i brazyliski Ronaldo R9 oraz narzeczona Paulina – tym postaciom przypisywał mentorską rolę. Od drugiej połowy pobytu w Italii piłkarz jakby zmienił zdanie i wypowiadał się w tym kontekście tylko o Cristiano Ronaldo, którego wyprzedził w klasyfikacji strzelców w debiutanckim sezonie w Serie A (Polak był trzeci na koniec sezonu 2018/19 - zdobył 22 gole, Portugalczyk 21, a Arek Milik był za nimi z 17 trafieniami – przyp. Aut.)

Co się stało, że z Piątek przestał widzieć wzór w Lewandowskim? Mieć swojego mistrza, którego się goni jest w sporcie cechą ważną, zwłaszcza, kiedy ma się szczęście rozwijać u jego boku i korzystać z rad. Uczeń przerasta mistrza, kiedy pamięta z pokorą, by poczekać na odpowiednią chwilę do zamiany ról. Bywa też jednak, że kiedy młokos zdobywa pewność siebie traci idola z celu, którego trzymanie się było motorem jego dotychczasowego rozwoju. Bywa, że wpływ na takie zachowania mają dynamiczne zdarzenia albo najbliżsi. Zastanawia (na przykład) sytuacja, że żona piłkarza zapatrzonego w kolegę z kadry robiła fakt (social) medialny z ćwiczenia z Ewą Chodakowską, konkurentką Anny Lewandowskiej.

- Nie ma zawiści, ale mam prawo do sportowej złości. Robert jest napastnikiem kompletnym, świetnie gra tyłem do bramki, potrafi długo utrzymać się przy piłce – to elementy, które muszę poprawiać, a Lewy jest dla mnie wzorem. Mówił Dolnoślązak na „media day” reprezentacji Polski w marcu 2019 roku. W jakimś stopniu jest młodszą wersją mnie. Byłem w podobnym wieku, gdy zacząłem strzelać gole w zagranicznym klubie.” – przyznał Lewandowski (w programie „Fakty po Faktach”) pytany o Piątka, kiedy ten zamieniał Genuę na AC Milan. Mistrz pokazywał klasę, bo Piątek mu wyraźnie ustępuje, co najdobitniej pokazał ostatni mecz kadry z Holandią. „Il Pistolero” zastrzegł wprawdzie swoją cieszynkę, ale do klasy RL9 droga daleka: gra tyłem do bramki, utrzymywanie się przy piłce, ustawianie się/elastyczność taktyczna, współpraca z zespołem, a nawet technika – w tym wszystkim Robert Lewandowski góruje nad młodszym kolegą. O skuteczności i powtarzalności przypominam tylko z obowiązku. Co się stało, że wpatrzony w „Lewego” Piątek nie zasięgnął rady tego, którego obserwowanie, naśladowanie i wskazówki wprowadziły „Il Pistolero” do ataku reprezentacji Polski?

- Krzysiek do mnie nie zadzwonił. Nie wiem, jak wyglądały rozmowy pomiędzy nim a klubem. Życzę mu jak najlepiej. Ale z drugiej strony można zadać sobie pytanie, czy Hertha to jest klub, który gra ofensywnie. Mam nadzieję, że będzie grał dobrze, będzie strzelał dużo goli, bo to jest potrzebne i jemu, i reprezentacji - powiedział Lewandowski cytowany przez "Super Express".

Piątka od jakiegoś czasu łączy się z transferem do Fiorentiny i byłaby to dla niego dobra destynacja. Piękne miasto, znana liga i rodacy – teoretycznie dobry zestaw do psycho-fizycznego restartu. Mniejsza presja, nieco bardziej stabilna ławka trenerska, świetny Bartłomiej Drągowski w bramce i Szymon Żurkowski na wypożyczeniu w niedalekim Empoli, a na dodatek świetne skrzydła „Fiore” (Chiesa i Biraghi) oraz doświadczony i utytułowany Franck Ribery jako kompan w ataku. Są zatem przesłanki, by celować w transfer do „Viola”. Zawodnik pokazał dotychczas talent, ale i ograniczenia. Miał jednak dziewięciu trenerów klubowych w dwa lata, a dziesiątego w reprezentacji Polski. Florencję nazywamy „perłą renesansu”, oby odrodził się w niej dawny „Il Pistolero”. Nic tylko pakować auto i jechać do pięknej Toskanii, a potem znowu zacząć strzelać. Jak dwa lata temu w Genui...