Polacy na skutek reformy Pucharu Davisa, mimo wywalczenia rok temu awansu do Grupy I Strefy Euro-afrykańskiej, zostali zdegradowani do Grupy III. Odwołanie do niezależnego panelu działającego przy światowej federacji (ITF) odrzucono i następnym krokiem miała być apelacja do CAS. Ten wyznaczył zaliczkę na koszty postępowania - 42 tys. franków do zapłaty po połowie przez PZT i ITF. Krajowy związek nie zapłacił swojej części.

Miesiąc temu zbiórkę w internecie zorganizowało pięciu ówczesnych członków zarządu PZT: Victor Archutowski, Mikołaj Franas, Sławomir Kimaszewski, Jarosław Kowalewski i Tomasz Wolfke. Jako potrzebną sumę podano 250 tys. zł. W zakończonej w piątkowy wieczór (wtedy minął ostateczny termin wykonania przelewu na konto CAS) akcji zebrano niespełna 12,5 tys. PLN.

"Sumę podaną w zbiórce powiększyliśmy o kwoty należące się jako zaległe wynagrodzenie kancelarii, która wspierała PZT przy pisaniu odwołań i działaniach w sporze z ITF. Zebraną kwotę prawdopodobnie przekażemy właśnie kancelarii. Proceduralnie nie byliśmy w stanie wpłacić części zaliczki na koszty postępowania przed CAS" - powiedział PAP Kowalewski.

On i pozostałych czterech byłych już członków zarządu zarzucają prezesowi Mirosławowi Skrzypczyńskiemu i skarbnikowi Ryszardowi Robaszkiewiczowi blokowanie wbrew uchwale wypłaty pieniędzy z konta PZT na ten cel. Przedstawiać ją miano jako próbę wyłudzenia środków.

"Jest to całkowicie bezsensowne stwierdzenie. W działaniach prezesa widać oczywistą sprzeczność - z jednej strony uznaje, że widzi zasadność złożenia odwołania, ale z drugiej strony uważa, że opłata, którą trzeba było wpłacić do CAS, jak i koszty obsługi ze strony kancelarii prawnej są za wysokie" - zaznaczył były wiceprezes ds. organizacyjnych.

Zarzuca on szefowi PZT brak działania w sprawie Pucharu Davisa. "Co najmniej od listopada 2018 roku wiadomo było, że nasza sytuacja jest co najmniej niepewna. A prezes nie zrobił nic poza wielokrotnymi zapowiedziami skierowania sprawy przed CAS" - ocenił.

Skrzypczyński uważa, że walka sądowa nie przyniosłaby powodzenia, a krajowy związek zrobił wszystko, co było możliwe.

"Pism, protestów do ITF wysłaliśmy wiele. Reformę jednak przeprowadzono, rozgrywki się toczą i tego nie cofniemy. Temat został zamknięty. Jak ktoś chciał walczyć w CAS-ie, to chyba tylko po to, żeby napełniać torby pieniędzmi kolegom adwokatom. W PZT na to nie mamy środków. Byli członkowie zarządu mogli sami wpłacić taką sumę jednakże nie zdecydowali się na to, wiedząc doskonale, że to nie ma sensu. (...) Nadal rozmawiamy z ITF-em, stosując dyplomację, której do tej pory zabrakło w sposób wyczerpujący. Uważam, że tylko tak można znacznie więcej uzyskać. Nie będę trwonił środków publicznych, które należy przeznaczać na szkolenie młodzieży, dzieci i zawodników oraz pomoc klubom" - podkreślił.

Niemożność przekazania na zaliczkę pieniędzy pochodzących od sponsora tłumaczył tym, że środki te są dedykowane konkretnym celom. Innego zdania jest Kowalewski.

"Pieniądze od sponsora są środkami własnymi związku i to on decyduje, w jaki sposób zostaną zrealizowane konkretne cele i założenia uzgodnione ze sponsorem. Nonsensem jest mówienie, że trzeba byłoby zabrać pieniądze zawodnikom, by zapłacić opłatę do CAS. (...) To dzięki kadrze narodowej i poszczególnym tenisistom związek pozyskuje środki i kontrakty sponsorskie. W takiej sprawie nie można szacować ryzyka i kalkulować, czy się ma szansę wygrać. (...) Federacja powinna zrobić wszystko, aby bronić interesów kadry" - argumentował.

Na zjeździe 26 października Walne Zgromadzenie złożyło wniosek o odwołanie jego oraz Franasa, Kimaszewskiego i Wolfke. Zanim nastąpiło głosowanie sami zrezygnowali, a potem w ich ślady poszedł Archutowski.

"Przeprowadzone to zostało w północnokoreańskim stylu. Chcieliśmy odwołania całego zarządu, bo prezes nie miał w nim większości. Chcieliśmy też porozmawiać o sytuacji w związku, ale nasze postulaty były odrzucane" - relacjonował Kowalewski.

Skrzypczyński jako powód chęci odwołania tych działaczy przez delegatów wskazał ich brak aktywności przy pozyskiwaniu sponsorów i tworzeniu programów.

"Z żalem to powiem, ale przez 2,5 roku ci ludzie nie zrobili nic dobrego dla polskiego tenisa. (...) Ja i moi koledzy z obecnego gremium pozyskaliśmy sponsorów, zdobyliśmy pieniądze dla zawodników. Rozwijamy Narodowy Program Upowszechniania Tenisa, 100 klubów zyskało za darmo finansowanie, stworzyliśmy cykl zawodowych turniejów w kraju, w których nasi tenisiści zdobywają punkty rankingowe, pomagamy najlepszym naszym zawodnikom poprzez Lotos PZT Team, zorganizowaliśmy dwie edycje Narodowego Dnia Tenisa" - wyliczał.

Na tym samym zjeździe wybrano też trzech nowych członków zarządu. Ich kandydatury nie zostały zgłoszone minimum dwa tygodnie wcześniej co nakazuje statut.

"Walne Zgromadzenie - czyli najwyższa, demokratyczna władza w PZT - przyjęło uchwałę, że w takim trybie chce to zrobić i trzeba uszanować wolę tego gremium" - przekonywał prezes związku.

Byli działacze zarzucają mu też, że bez konsultacji z zarządem zdecydował, iż gospodarzem lutowego turnieju Grupy I Strefy Euro-afrykańskiej w Pucharze Federacji była Zielona Góra.

"Wskazał taką lokalizację i twierdził, że nie było żadnych innych wniosków" - wspominał Kowalewski.

Mieszkający w tym mieście Skrzypczyński przekonywał w rozmowie z PAP, że jako jedyne w Polsce spełniało wymogi ITF dotyczące infrastruktury sportowej.

"Potrzebne były dwie hale widowiskowe lub dwa korty z trybunami na określoną liczbę miejsc oraz hala treningowa z trzema kortami, a to wszystko w promieniu około 500m. Do tego korty z taką samą nawierzchnią. Dodatkowo hale udostępniono nam za symboliczną opłatę, co było dużą oszczędnością. Impreza otrzymała też dofinansowanie miejscowego samorządu i lokalnego biznesu" - wyliczał.

Argument, że Zielona Góra była jedynym miastem w kraju spełniającym wymogi ITF, nie przekonuje byłego wiceprezesa ds. organizacyjnych.

"Nie było żadnej weryfikacji na ten temat. Uważam, że taki wybór był podyktowany względami osobistymi ze strony prezesa" - zaznaczył.

Jak dodał, według jego wiedzy szef związku bez zgody zarządu udzielił w imieniu PZT pożyczki Warsaw Sport Group, która tuż przed rozpoczęciem organizowanego przez nią turnieju straciła sponsora.

"To ITF pożyczył pieniądze, a przeszło to przez PZT, który był partnerem turnieju jako organizator cyklu Lotos PZT Polish Tour. Związek zgodnie ze statutem nie może pożyczać pieniędzy, byliśmy tylko pośrednikiem" - bronił się Skrzypczyński.

Kowalewski nie zgadza się z tym. "To PZT widnieje na umowie jako pożyczkodawca, więc to jego pieniądze zostały przekazane WSG. Uważam, że PZT miał inne priorytety niż ratowanie prywatnego turnieju, np. pokrycie kosztów odwołania do CAS" - podkreślił.

Skrzypczyński objął władzę w PZT w 2017 roku. Dwa dni wcześniej do dymisji podał się poprzedni zarząd, któremu przewodził Jacek Muzolf.

"W niedalekiej przeszłości prezes poświęcił dużo czasu na to, by odsądzić Muzolfa od czci i wiary, a podczas niedawnego zjazdu go przepraszał. To niebywałe. W 2017 roku istotnie przyczynił się do odsunięcia od władzy Muzolfa, więc jego ostatnie działania oceniam jako wątpliwe etycznie" - podsumował.

Skrzypczyński zapewnił, że od 20 lat zna się ze swoim poprzednikiem i zawsze mieli normalne relacje.

"Różniliśmy się w ocenie sytuacji polskiego tenisa. Miałem jednak zaszczyt przez trzy miesiące być członkiem zarządu PZT, kiedy kierował nim Jacek. Były wówczas z mojej strony uwagi i wątpliwości wobec sposobu działania spółki Tenis Polski. Wskazałem rzeczy, które moim zdaniem - i nie tylko moim - były niewłaściwe w funkcjonowaniu związku. Nie było wtedy właściwej reakcji, ale to nie zmieniło naszych relacji z Jackiem. Zgadza się on co do obranego obecnie przez nas w PZT kierunku (...) Można się porozumieć, jeśli obie strony chcą dobra polskiego tenisa" - zakończył.