A miało być tak pięknie. Perfekcyjne odbicie, lekki wiatr od przodu i fantastyczne lądowanie. Fortuna przeskoczył Okurayamę! 111 m na skoczni o punkcie konstrukcyjnym 90 m spowodowało, że organizatorzy wpadli w panikę. Na krótko przerwali konkurs, a przed drugą serią obniżyli rozbieg. Polak zepsuł drugą próbę. Skoczył o 25 m mniej niż w pierwszej serii. Końcówka zawodów była nerwowa, ale skończyło się dobrze. „Ooolympic champion, ooolympiasiegeeeer Wojciech Fortuna” - zawył spiker. 19-latek z Zakopanego był w szoku. - Ja mistrzem olimpijskim? Pierwszym w historii polskiego narciarstwa? - nie dowierzał. Równie ciężko było mu uwierzyć w to, co zastał po powrocie do hotelu. - Niemcy podrzucali z radości zdobywcę brązowego medalu Reinera Schmidta. A moi koledzy w tym czasie pokój zdemolowali. Mój pokój... - wspomina król Sapporo ’72.

Reklama

Początek końca

Triumf w Sapporo zabił go jako sportowca. "Jeszcze nim wróciliśmy z Japonii do Polski, straciłem motywację. Myślałem, że jako 19-letni mistrz olimpijski zacznę żyć ze skoków. Tymczasem zostałem oszukany. Startowałem na średniej i dużej skoczni. Na średniej byłem szósty. Za zdobyty olimpijski punkt należało mi się 150 dolarów. Wieczorem, gdy odpoczywaliśmy w wiosce olimpijskiej, pomaszerowałem po nie do pokoju ministra sportu Józefa Rutkowskiego. Odebrałem gratulacje, zabrałem kopertę. Zajrzałem do środka i zdębiałem: było tylko 50 dolarów! Resztę minister wziął dla siebie. Poskarżyłem się trenerom, ale co mieli zrobić? Zaklęli tylko pod nosem. Podobnie było z nagrodą za olimpijskie złoto. Minister 300 dolarów podzielił na pół, dał mi 150, a gdy protestowałem, oznajmił: wy wcale nie musicie skakać.

Po powrocie zamiast skupić się na skakaniu, ciągle przeliczał, co mógłby kupić za pieniądze, które przywłaszczył sobie minister. Niby trenował, ale bardziej kombinował. - Myślałem nad tym, co stało się w Sapporo. Wówczas parcela w Zakopanem, 1000 m, kosztowała 300 dolarów. Czyli jednym skokiem mogłem kupić ziemię i zestaw pustaków na budowę domu. Dniówka murarza to była czerwona stówka. Moja mama zarabiała miesięcznie 1,5 tys. złotych, a ojciec kierownik - 2,5 tys. Poczułem się okradziony, oszukany i zły. Uznałem, że ze sportu już nic nie będę miał, trzeba szykować jakiś handel. I przy okazji wyjazdów na konkursy handlowałem: kryształami, nartami, tym, co szło, aż w końcu sport się skończył. A jeszcze precelki, kieliszek wódki, wożenie po sekretarzach, i na trening nie było czasu. Bo mnie wszędzie wozili jak tę małpę - wspomina.

Po sukcesie w Sapporo PRL-owscy działacze traktowali Fortunę jak zabawkę. Miał uświetniać swoją obecnością bankiety. - Jeden towarzysz dzwonił do drugiego: jest u mnie Fortuna, zaraz go do was poślę - wspomina były skoczek. Imprez było tak wiele, że teraz zlewają się mu w jedną.

Początkowo bawił się zresztą nieźle. - Bo i szli mi na rękę. Jesteśmy na przykład z kadrą gdzieś w Związku Radzieckim. Stoły suto pozastawiane, wszyscy pijani. Zobaczyłem na kasie pancernej posążek Dzierżyńskiego z brązu. I mówię ze śmiechem do radzieckiego sekretarza, że ja przewodzę młodzieży socjalistycznej w Polsze, w Zakopanem, ale u mnie w gabinecie takiego posągu nie ma. - No kak, że niet? - pyta ten, łapie za Felka i już mi go wręcza. - Spasiba - mówię. W nocy wracam do hotelowego pokoju i Felka myk, pod łóżko wrzuciłem. Wyjeżdżamy do Polski, każdy do pociągu nakupił złota. Ja swoje w skarpetce wiozłem. Granica w Mościskach. Postawiłem Felka na oknie i czekam. Przychodzi celnik, znalazł złoto u innych, a do mnie mówi, wskazując na Felka: Czyje to? - Moje. - A komu ty to zakosił? - Ja kupił. - A skąd ty dziengi miał? - Ja dżinsy sprzedał. - Ot mołodiec - puścił mnie - wspomina z uśmiechem Fortuna.

Na wracającego z Japonii złotego Fortunę czekało rodzinne Zakopane. - Nie byłem przygotowany na takie owacje, chciałem się schować - wspomina. - Nie róbcie z niego gwiazdora telewizyjnego - apelował Jan Gąsiorowski, który od razu zrozumiał, że młody skoczek może nie poradzić sobie z niespodziewaną sławą. Gąsiorowski, wieloletni trener skoczków w klubie Fortuny - Wiśle Zakopane - i Janusz Fortecki prowadzący polską kadrę, to ludzie, o których Fortuna myśli ciepło. - Tyle lat się znamy, zawsze mnie bronili. Gdyby nie oni, nic bym nie osiągnął - przyznaje.

Czytaj dalej...



Ani Gąsiorowski, ani Fortecki nie zdołali go jednak uchronić przed upadkiem. W kolejnych konkursach na skoczniach zawodził. Ciężko wyciągnąć z niego coś więcej o tamtych czasach. Denerwuje się. - Przewróciło mi się we łbie - mówi w końcu. - Ale dzięki temu wiem, kto jest jakim przyjacielem. Ja dopiero pięć lat nie piję. Teraz nawet papierosów nie palę, a kurzyłem nałogowo.

Fortuna twierdzi, że nie ma już ochoty żyć tak jak kiedyś. - Jak wróciłem z USA i przeszedłem się Krupówkami, to moi koledzy stali w tym samym miejscu co dziesięć lat wcześniej. Jedna grupa pod kościołem, a druga - przy poczcie. I wyciągali rękę po pieniądze. Jednemu dałem 50 złotych, drugiemu, ale wszystkim nie można.

Na saksach

Kiedy skończył ze skokami, został jednym z wielu zakopiańskich taksówkarzy czekających wieczorami pod Krupówkami na podpitych turystów. Pieniędzy z tego dużych nie miał, dlatego co jakiś czas wyjeżdżał na saksy do Ameryki. Pierwszy raz - w 1986 roku. Pracował jako trener w prowadzonym przez Norwegów ośrodku sportowym w Fox River Crow. Za każdym razem przylatywał do Polski stęskniony. Twierdził, że nie może żyć bez widoku Tatr.

Ale szybko porzucił sentymenty, bo pojawiły się problemy. Głównie przez alkohol w 1998 roku uciekł do Chicago i tym razem został na ponad pięć lat. Tak naprawdę Fortuna po prostu nie miał wyjścia. Musiał wyjechać, bo pił tak dużo, że w końcu stracił prawo jazdy. Policja zatrzymała go, gdy kompletnie pijany wybrał się autem do sklepu.

Do Stanów dotarł przez Kanadę, gdzie wyjechał na zaproszenie Związku Podhalan otwierać zawody narciarskie. A tam wystąpił o wizę amerykańską i dostał ją, bo wstawił się za nim polski konsul. - Na długo pan jedzie? - zapytał urzędnik. - Na jeden dzień, chcę się z kolegą spotkać - odpowiedziałem. - Uwierzył, wbił pieczątkę na 10 lat, a ja zostałem 5,5 roku.

Reklama

W Stanach były skoczek założył firmę remontową Fortuna Painting. Tym razem udało mu się. - Zarobiłem, domu się dorobiłem. Sprzedałem go zresztą na czas za 530 tys. dol., bo dziś mógłbym co najwyżej za 200 tys., tak w Ameryce recesja postąpiła.

Powrót z Ameryki nie oznaczał jednak końca kłopotów. Na stałe w Polsce pojawił się w maju 2003 roku. W grudniu okazało się, że jest poszukiwany listem gończym. Była konkubina oskarżała go o znęcanie się nad nią i dwójką jej dzieci. Sprawa dotyczyła jeszcze okresu przed wyjazdem do Stanów. Nie uwierzono, że pojawi się na rozprawie w sądzie. Trafił do więzienia w Nowym Sączu. Wyszedł, bo poręczył za niego wiceprezes Polskiego Związku Narciarstwa Lech Nadarkiewicz. - Wiedziałem, że mam problem, ale że zrobi się z tego afera na całą Polskę? Trafiłem za kratki, bo komuś było to na rękę. Ja jestem trzeźwy. To była konkubina wciąż chodzi pijana - ucina.

Uraz do Zakopanego

Pierwsza żona Halina rzuciła go przez pijaństwo. W Ameryce poznał Marylę, dziś mieszkają 21 km od Augustowa, w Gorczycy. - Pożeniliśmy się jeszcze w Chicago, wróciliśmy do Zakopanego, ale żona nie mogła zaaklimatyzować się w górach. Przeszkadzał jej halny. A ja jestem taki człowiek, że mogę wszędzie mieszkać - opowiada. - Znaleźliśmy więc domek w internecie, zaraz na drugi dzień kupiliśmy go i tak sobie żyjemy w samym sercu Puszczy Augustowskiej.

Na Zakopane Fortuna się obraził. Gdy był w Stanach, urząd miasta Zakopane wymeldował go z dawnego mieszkania. - Skoro tak, to znaczy, że ja tam nie mam przyjaciół - mówi.

Władze stolicy polskich Tatr chciałyby, żeby Fortuna promował miasto, ale on łatwo nie wybacza. - Zakopane jest pięknym miastem. Ale po tym, co ze mną zrobili, to ja już nie mam z nimi wspólnego języka i na stałe tam nie pojadę. Inna rzecz, że nigdy nie byłem do końca uważany przez górali za swojego, chociaż w Zakopanem się urodziłem. Tak o sobie kiedyś usłyszałem: „Wsićko by było dobrze, ino kiedy Wojtuś był nasz”. A nie był, bo matka była warszawianka, a ojciec z Przemyśla. No to już nie góral.

Fortuna znalazł namiastkę Tatr na polskim biegunie zimna, jak zwykło się określać Suwalszczyznę. - Niedaleko mnie, w Jeleniewie, jest piękna Góra Jesionowa, która przypomina mi Nosal. Jeżdżę tu na nartach - wyznaje.

Czytaj dalej...



Rozmawiamy w Suwałkach. Fortuna czeka na innego mistrza olimpijskiego, byłego boksera Jerzego Kuleja. Przyjaźnią się od lat. Fortuna, dziś pod sześćdziesiątkę, ubrany w dżinsy i sweter, nie wygląda na zmęczonego życiem. Jedynymi jego nałogami pozostały kawa i słodycze. Ma nowy cel. Zamierza pomóc w uruchomieniu trasy biegowej w ośrodku „Szelment” w pobliskim Jeleniewie. - Narciarstwo klasyczne kiedyś mocno tu stało. Za moich czasów zawodnicy z okolic Suwałk startowali na mistrzostwach Polski pod Wielką Krokwią. Byli już u nas górale i trenerzy. Jeden z nich - trener Jankowski - przeszedł się po Szelmencie. „Macie piękną trasę i ja ją wytyczę. Zawołajcie mnie tylko, jak pierwszy śnieg spadnie” - powiedział. I trzeba do tego koniecznie doprowadzić - zdradza.

Fortunie marzy się, by bazę tutaj mieli nawet reprezentanci Polski. - Justyna Kowalczyk jeździ na Litwę. A u nas też mogłaby trenować. W polskich górach też długo nie było żadnych tras, pojawiły się dopiero po dwóch złotych medalach Justyny. Zakopane nie jest już miastem sportowym jak za moich czasów. Stało sie miastem deweloperskim. Tam się liczy biznes, każdy parkometr, nikogo nie interesuje trasa biegowa, wszystko górale pogrodzili.

Fortuna chętnie wspiera w Suwałkach miejskie inicjatywy. W „Szelmencie” zorganizował wystawę „Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk”, gdzie zgromadził wiele cennych pamiątek - narty, buty, kombinezony m.in. Adama Małysza, Justyny Kowalczyk czy Tomasza Sikory. - Lubię się udzielać. Raz dałem swój numer startowy z Sapporo na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kupił go Polak z Australii za 3 tys. złotych. W tym roku dałem replikę swojego medalu, za 2 tys. poszedł. Od 2000 roku jestem emerytem sportowym dzięki prezydentowi Kwaśniewskiemu. Oczywiście dorabiać trzeba, bo za 2,5 tys. złotych ciężko jest przeżyć - opowiada.

Fortuna, my friend!

Od kiedy na topie jest Adam Małysz, Fortunę często zapraszają do komentowania skoków. - Dzisiaj sportowcy chcą zaistnieć w telewizji, a mnie już na tym nie zależy. Dzwonią i pytają, czy bym komentował konkurs skoków. - A czy zwrócicie mi za podróż do Warszawy? Przewidzieliście jakieś honorarium? - pytam. - Damy ci 400 zł, no i w telewizji pokażemy - usłyszałem. - Ja za małpę już nie robię - odpowiedziałem.

Chętnie jeździ za to oglądać zawody na żywo. Dzięki temu w lutym tego roku na mistrzostwach świata w Libercu spotkał starego rywala Yukio Kasayę, legendę japońskich skoków, który miał zgarnąć dwa złote medale na olimpiadzie w Sapporo. - 37 lat się nie widzieliśmy, poznałem go, on mnie nie. - Yuko, how are you? - zagaiłem. - Uuu, how are you? - odpowiada, ale widać, że nie wie, z kim ma do czynienia. Nareszcie złapał za moją akredytację. - Fortuna? Oh my god, Fortuuuna, my friend! - wrzasnął. Kiedyś to niejedną wyborową razem zrobiliśmy. Innym razem przyniósł mi whisky z limitowanej edycji, która ukazała się w Japonii, gdy zdobył złoto. Na etykietce była jego sylwetka i napis: Yukio Kasaya pije tylko Nikka Whiskey.

Czy mistrz olimpijski z Sapporo czuje, że mógł lepiej pokierować swoim życiem? - Wiem jedno. Pieniądze nie są może najważniejsze, ale żyć bez nich się nie da. Niech nikt mi nie opowiada, że sportowcy trenują dla idei. Oni robią to dla pieniędzy. Ja chcę nadal działać w sporcie, ale potrzebuję zajęcia, które przyniesie mi dochód. I jeszcze jedno: nie żyję wspomnieniami. Nie kręci mi się w oku łezka, gdy oglądam swój złoty skok.