Chińczycy to leniuszki. Nie przemęczali się na treningach. Ja biegałem, szalałem, krzyczałem, a oni nic: zachowywali kompletny spokój. W życiu są podobni. Ten naród w ogóle żyje z dnia na
dzień, niczym się nie przejmując.
Chińczycy nie znają angielskiego i to bardzo ogranicza kontakt. Przez cały swój pobyt w Chinach spotkałem zaledwie kilka osób, z którymi swobodnie można było pogadać. Poza tym nie podoba im
się europejska kultura, dlatego są niemili. No, chyba że człowiek trafi akurat na kibica piłkarskiego. Ci ludzie okazywali mi sporo sympatii. Wiele razy zdarzało mi się jechać za darmo
taksówką, bo jakiś fan za nic w świecie nie chciał przyjąć zapłaty.
Bliscy przyjeżdżali do mnie dwukrotnie, za każdym razem na miesiąc.
Zupełnie nie. Dwa treningi dziennie, drzemka, posiłki, wieczorna rozmowa z żoną na skypie plus przegląd wiadomości w internecie. Tak mijały mi dni.
Ja odwiedzałem każdą stronę, jaką chciałem.
Niewielu mieszkańców ma własny komputer. Dlatego bardzo popularne są tam kafejki internetowe, które jednak bardzo różnią się od naszych. To olbrzymie hangary, w których stoi kilkaset
komputerów. Ludzie walą tam drzwiami i oknami, tak są spragnieni informacji. Niestety, im bliżej igrzysk, tym bardziej ograniczony jest dostęp do tych internetowych hangarów. Pewnie władza boi
się, żeby nazbyt uświadomione społeczeństwo nie zaczęło się sprzeciwiać.
Jeśli nawet miałoby dojść w Chinach do wielkich zmian, to raczej za ładnych parę lat. Ale niewątpliwie w trakcie imprezy ludzie w Pekinie będą chcieli zwrócić uwagę świata na swoje
problemy. Jak ich znam, to wymyślą jakiś sposób, by urwać się spod opieki władzy.
Koledzy z Chin mówili, że ludzie tam są skoszarowani, niemal pozbawieni kontaktu z rodziną, że wykonują katorżniczą pracę na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Były to dość
przerażające opowieści.
Osobiście nie. Ale zdarzały się sytuacje, które przypomniały mi, z jakim ustrojem mam do czynienia. Podczas długiego zgrupowania z udziałem około dziesięciu drużyn codziennie przed
śniadaniem robiliśmy zbiórkę w dwuszeregu, po czym braliśmy udział w małej defiladzie zakończonej wywieszeniem chińskiej flagi i odśpiewaniem hymnu. Czysto komunistyczny zwyczaj.
Jako członek zespołu nie miałem wyjścia. Choć nie śpiewałem ich narodowej pieśni, nie znam jej. W ogóle chiński to dla mnie czarna magia. Przez półtora roku udało mi się opanować tylko
kilka podstawowych zwrotów potrzebnych do gry.
Mistrz tamtejszej ekstraklasy walczyłby u nas o podium. Generalnie Azjaci mają wysokie umiejętności indywidualne. Gorzej z drużynowymi. Chińskie zespoły odstają od europejskich pod względem
taktycznym. Zwłaszcza jeśli prowadzi je miejscowy trener. Chińscy szkoleniowcy to ignoranci, nie mają pojęcia o futbolu. Jedyną nadzieją dla danej drużyny jest zatrudnienie fachowca z
Europy.
Chwilkę, spojrzę w lustro. Chyba nie, bo nadal nie mam skośnych oczu (śmiech). A mówiąc serio, to pobyt w Azji nie wpłynął na moją osobowość. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem
poznać inną kulturę i pozwiedzać. Zobaczyłem Hongkong i parę innych miejsc. Przy okazji zarobiłem trochę grosza. Było fajnie.