PAP: W bokserskim świecie określany jest pan przydomkiem "lew". Skąd on się wziął?

Reklama

Lennox Lewis: Nawet nie wiem kto po raz pierwszy go użył, ale bardzo przypadł mi do gustu. Odzwierciedla cechy mojego charakteru. Lew jest bystry, niezwykle troskliwy o rodzinę. Wbrew pozorom nie jest tak agresywny, za jakiego się go uważa. Ale jak mu ktoś wejdzie w drogę, to biada mu. Lubię tego mojego "Liona", bo przecież uważany jest za króla wszystkich zwierząt. Zresztą moja posiadłość w Miami nazywa się Lions Lair (legowisko lwa - PAP).

PAP: Co spowodowało, że odrzucił pan w przeszłości propozycje gry w koszykówkę i futbol amerykański? Skąd ten boks?

L.L.: Odpowiedź jest bardzo prosta. Wspomniane dyscypliny to gry zespołowe. Ja wolę sport indywidualny. Człowiek może się w nim zrealizować bez pomocy drugiego.

PAP: W półfinałowym pojedynku igrzysk olimpijskich w Seulu w 1988 roku miał się pan spotkać z Polakiem (Januszem Zarenkiewiczem - PAP), którego jednak lekarz nie dopuścił do walki, po wygranej w ćwierćfinale z Niemcem Andreasem Schniedersem. Czy pamięta pan jego nazwisko?

L.L.: Niestety nie, ale wiem, że w tamtych czasach mieliście bardzo dobrych zawodników w wadze półciężkiej, ciężkiej i superciężkiej. Przed 24 laty reprezentację Kanady, w której występowałem, na trening z Polakami i na zawody w Warszawie przywiózł trener Matt Mizerski. Teraz jestem po raz drugi w Polsce. W planie moich podróży po świecie, po zakończeniu kariery sportowej znajduje się wiele miejsc, które ze względu na rolę jaką odegrały w historii ludzkości odwiedziłem i chciałby odwiedzić. Jest w nim też Auschwitz, który zapisał się tak niechlubnie w dziejach ludzkości. Nie mogłem tam nie pojechać. Odwiedziłem Memphis w stanie Tennessee, gdzie zamordowany został pastor Martin Luther King. Wrażenie na mnie zrobił także dom-muzeum gwiazdy rock and rolla Elvisa Presleya.

PAP: Oglądał pan walkę Kliczko-Adamek?

L.L.: Oczywiście. Adamek ma wielkie serce do boksu, jednak za krótkie ręce. Kliczko jest poza jego zasięgiem. Zresztą nie tylko jego. Boks zawodowy miał swoje ery. Była Muhammada Alego, Foremana, Frazera, potem Hollyfielda, Lewisa, a teraz przyszła pora na braci Kliczków. Nie zamierzam im w tym przeszkadzać, bowiem nie wrócę już nigdy na ring. Mam inne zajęcia. Gram w filmach, uczestniczę w telewizyjnych show, udzielam się w fundacji pomagającej dzieciom bez ojców. Sporo czasu spędzam z moimi dziećmi, mam syna i dwie córki. Jestem szczęśliwy, że mogę im poświęcić tyle czasu. To też realizacja moich marzeń. Chciałem być dobrym biznesmenem, dobrym ojcem. A kiedy jestem zmęczony relaksuję się graniem w tenisa stołowego i w szachy.

Z Lennoxem Lewisem, który przyjechał na warszawską galę bokserską "Wojak Boxing Stars", organizowaną przez szefa grupy Babilon Promotion Tomasza Babilońskiego, rozmawiał Jerzy Jakobsche