Nadszedł dzień pierwszego startu, niedzielne eliminacje. Działam tak, by być jak najbardziej aktywną wieczorem. Nie zrywam się więc szybko z łóżka. Śniadanie zjadam około 11, ani za duże, ani za małe. Po śniadaniu krótki spacer z Wiolą Janowską, Norbertem Rokitą moim menedżerem i z doktorem.

Reklama

Wypijamy małą mrożoną kawę w Starbucks i wracam, by położyć się w pokoju. Trochę oglądam transmisję z mistrzostw, a po niej bardzo interesujący, pełen przepychu telewizyjny show - teleturniej z gwiazdami japońskiej lekkoatletyki. Po telewizji gram w internetowego "chińczyka". To bardzo wciągające - idealny sposób zabicia czasu. O godz. 15 wstaję na mały obiad: makaron i trochę warzyw, a do torby banany i napoje. Płyny to podstawa w trakcie zawodów w takim klimacie - to stale przypomina mi lekarz.

Czas ruszać. Do plecaka wędrują kolce, ręcznik, stroje do przebrania, wspomniane jedzenie, napoje energetyczne, rzeczy niezbędne dla tyczkarzy, czyli magnezja, plaster i miara do mierzenia rozbiegu. Wszystkie czynności robię po kolei, systematycznie i spokojnie. Potem przypinam numery - jeden na dres, drugi na koszulkę startową, a trzeci na plecak. No i na koniec, co bardzo ważne, robię sobie wygodne uczesanie i delikatny makijaż.

Na początku bardzo się denerwuję. Krzyczę na siebie w myślach: Po co się trzęsiesz? Przecież wiesz, że jesteś dobrze przygotowana. Tak jest zawsze w eliminacjach. Tu może się przytrafić jakaś niemiła niespodzianka. Wszystkie dziewczyny się denerwują, nawet Jelena. Warunki są dobre, wieje w plecy, a ja skaczę tak, jak sobie zaplanowałam.

Kiedy czekam na swoje skoki, w półfinale 400 m prze płotki biegnie Marek Plawgo. Kibicuję mu, krzyczę, a on jest świetny. Skacze mi tętno, jestem szczęśliwa. Tak samo cieszę się, że Anka Rogowska skacze dobrze. To ważne, że będziemy obie we wtorek w finale.