Podczas konkursu na sopockim molo, przy próbie na wysokości 4,70, łamiąca się tyczka rozerwała skórę lewej dłoni. "Jest to właściwe określenie, bowiem nie żaden odłamek czy ostry kant, sprawił to rozcięcie. Chociaż tak można by wnioskować, patrząc na zdjęcia lub film z tego wypadku. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko tyle, że siła, jaka działa na tyczkę, w momencie jej pęknięcia spowodowała rozerwanie skóry. Były także inne konsekwencje tego zdarzenia i chociaż wszystko ładnie się zagoiło po zdjęciu szwów, ból kciuka pozostał" - mówi Rogowska.

I z tym bólem zamierza pani skakać w mistrzostwach Polski, a potem świata?
- Staw mocno ucierpiał i nie pozostało mi nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość, oswoić się z bólem. Jest on już znacznie łagodniejszy, dzięki różnym zabiegom, jakie miałam w Trójmieście, a potem w Spale. Leczenie bardzo przyspieszyła pomoc fizjoterapeuty Aleksandra Bieleckiego, który pracował w PZLA, a teraz zajmuje się siatkarkami Atomu Trefla Sopot i siatkarzami kadry Polski. Pomogła mi również "osobista" fizjoterapeutka Joanna Madajczyk. Przy tej okazji wszystkim tym osobom bardzo dziękuję.

Przez ponad miesiąc łączyła pani rehabilitację z treningami. Jak ocenia pani ten mariaż?
- Bardzo dobrze, lepiej niż przypuszczałam. Uraz dłoni nie spowodował przerwy w zajęciach. Ćwiczenia zostały zmodyfikowane. Nie robiłam nic, co mogłoby przeciążyć obolały staw i dziś jestem na takim etapie, jakby się nic nie stało. Jedynym minusem jest pogoda. W tym sezonie nie odczułam jeszcze, że jest lato. Nie przypominam sobie od dziecka takiego okresu. Wydaje mi się, że tkwię nadal w sezonie halowym. Podczas pobytu w Spale opady tak dokuczały, że musiałam trenować pod dachem. Ale, niestety, na aurę nikt z nas nie ma wpływu.

Powiedziała pani "jakby się nic nie stało". Nie ma więc pani lęku, gdy staje na rozbiegu?
- Absolutnie! Nie czuję strachu i nie boję się tyczki. Zresztą ta, która zrobiła mi krzywdę, jest odłożona w klubowym magazynie SKLA Sopot. Co z nią dalej będzie? Nie myślałam o tym, może wystawię na aukcję...

Czerwcowy wypadek na molo sprawił też, że ponoć dokonała pani wymiany wszystkich tyczek.
- To prawda. Mam nowy komplet od tego samego, amerykańskiego producenta. To inny model niż ten, na którym skakałam do tej pory. Do minionego roku stosowany był wyłącznie przez zawodników; od nowego sezonu został rozszerzony na kobiety.

Zdążyła się pani oswoić z nowym rodzajem?
- Wyjątkowo szybko. Nie mogłam się doczekać powrotu do skakania. To jest moja pasja numer jeden, dająca mi wielką radość. Z uśmiechem od ucha do ucha wzięłam tyczkę do rąk po raz pierwszy od 29 czerwca. Proszę mi wierzyć, cieszyłam się jak dziecko, a przecież skaczę od 1999 roku.

W ubiegłorocznych, 86. lekkoatletycznych mistrzostwach Polski w Bielsku-Białej, kibice nie zobaczyli pani. Wówczas absencja spowodowana była bólem ścięgna Achillesa. A teraz, w Bydgoszczy?
- Konkurs tyczkarek jest w pierwszym dniu mistrzostw, w czwartek. Zacznie się na stadionie im. Zdzisława Krzyszkowiaka o godz. 17.30 z moim udziałem. Nie chcę prognozować, jak wysoko skoczę, to zależy też od pogody. Oby była dobra, nie tylko dla mnie, dla wszystkim lekkoatletów, a także dla widzów. Przyjemniej się startuje w dobrych warunkach.

Po mistrzostwach Polski kolejnym występem będzie najważniejsza impreza w sezonie - mistrzostwa świata w Korei Południowej, w Daegu (27 sierpnia - 4 września).
- Ze względów szkoleniowych przydatny byłby dla mnie jeszcze jeden konkurs w połowie sierpnia, ale w tym czasie nie ma żadnych zawodów. Tak więc po Bydgoszczy wystartuję dopiero w Daegu - 28 sierpnia są eliminacje, dwa dni później finał. Bardzo chciałabym obronić zdobyty w 2009 roku w Berlinie tytuł, jednak zdaję sobie sprawę, że w tym roku będzie bardzo trudno. Poziom sportowy jest znacznie bardziej wyrównany niż jeszcze kilka lat temu.

Jest pani osobą wielkiej wiary?
- Myślę, że tak. Ta wiara, potrzebna jest nie tylko w sporcie, ale w ogóle, w życiu człowieka. Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, przychodzą czasami ciężkie chwile, trudne sytuacje. Trzeba mieć siłę, nadzieję, pozytywną energię i myśli, aby móc z nich wybrnąć. Rozdrapywanie ran niczemu dobremu nie służy. Dlatego staram się nie wracać pamięcią do tego, co zdarzyło się 29 czerwca na molo. To już historia. Teraz skupiam się tylko na mojej dłoni i na tym, by oddawać dobre skoki. Nawet nie śledzę poczynań rywalek, nie wiem, w jakiej formie są pozostałe koleżanki.

Czy zatem odcina się pani od świata?
- Na tyle, co mi jest potrzeba, ale biorę też z tego świata to, co mi się przydaje. Na przykład wczoraj wieczorem wybrałam się do kina. Chciałam obejrzeć film "Kret" i przyznam, że mi się podobał. Ja urodziłam się w 1981 roku, a więc wydarzenia tamtych lat znam z opowiadań. Cenię filmy, które coś dają, coś wnoszą do życia człowieka, natomiast nie jestem fanką gatunku science-fiction. W sezonie startowym preferuję raczej komedie, głównie filmy, na których można się pośmiać.