Legia to aktualny wicemistrz Polski, opromieniony ligowymi zwycięstwami w ostatnich dniach w innych klasykach - 2:1 nad Lechem Poznań i aż 7:0 nad Wisłą Kraków.

Widzew, który na zwycięstwo nad Legią czeka 19 lat, występuje zaledwie w drugiej lidze, czyli na trzecim poziomie rozgrywek (jest wiceliderem), ale w środowy wieczór ten fakt zejdzie na dalszy plan. Tradycja takiego klasyku przecież zobowiązuje.

Zresztą widzewiacy mają budżet, którego mogą im pozazdrościć nawet kluby pierwszoligowe, a co za tym idzie - dysponują też kadrą z głośnymi nazwiskami. Marcin Robak to przecież wicekról strzelców poprzedniego sezonu ekstraklasy, a z gry na najwyższym poziomie znani są też m.in. Mateusz Możdżeń, Łukasz Kosakiewicz, Sebastian Rudol czy bramkarz Wojciech Pawłowski. Z kolei Daniel Tanżyna, gdy na początku 2019 roku wzmacniał Widzew, przychodził z GKS Tychy z opinią jednego z najlepszych obrońców 1. ligi.

Oba zespoły to nie tylko "odwieczni" rywale, ale również jedyne drużyny, które reprezentowały Polskę w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Widzew awansował do niej w 1996 roku, a Legia - rok wcześniej oraz w 2016 roku.

Szczyt popularności (i jakości) tego klasyku przypada na lata 80. i 90., gdy mecze Widzewa z Legią wzbudzały ogromne poruszenie wśród kibiców, były także powodem do mobilizacji dla policji. Przede wszystkim jednak decydowały o mistrzostwie kraju, jak w 1996 i 1997 roku, kiedy Widzew wygrał na Łazienkowskiej - odpowiednio - 2:1 i 3:2.

W maju 1996 roku łodzianie, dopingowani na Łazienkowskiej przez tłum swoich kibiców (przyjechali do Warszawy dwoma wypełnionymi pociągami), wygrali 2:1, chociaż przegrywali 0:1. Zwycięstwo przybliżyło ich do tytułu, który zdobyli dwa tygodnie później.

Po pół roku Widzew wygrał u siebie 1:0, a druga połowa meczu została opóźniona o kilka minut, ponieważ kibice Legii obrzucili racami pole karne bramki Macieja Szczęsnego. Dym zasłonił niemal całe boisko. Kilka miesięcy wcześniej znany golkiper trafił do Widzewa właśnie z klubu z Łazienkowskiej.

W czerwcu 1997 roku rozegrano w stolicy klasyk, który przeszedł do historii polskiego futbolu. Do 90. minuty gospodarze prowadzili 2:0, ale ostatecznie przegrali 2:3. Widzewiacy świętowali wówczas drugi z rzędu tytuł mistrza Polski.

Legioniści częściowo zrewanżowali się dwa miesiące później, gdy w spotkaniu o Superpuchar zwyciężyli 2:1. Tym razem to oni przegrywali 0:1, ale potrafili odwrócić losy meczu. Lepsi okazali się również w październiku 1997 roku - wygrali 3:1.

W kwietniu 1999 roku łodzianie prowadzili u siebie z Legią już 2:0, ale goście doprowadzili do wyrównania. Ostatni cios zadali jednak widzewiacy. W 75. minucie zwycięstwo 3:2 zapewnił im Radosław Michalski, który - podobnie jak Szczęsny - przeszedł do Widzewa z Legii (latem 1996). Rok później Widzew znów wygrał u siebie 3:2, a tym razem zwycięską bramkę zdobył w 90. minucie Dariusz Gęsior.

To była ostatnia - jak dotąd - wygrana łodzian w klasyku. Od tego czasu czterokrotnie padł remis i 14 razy wygrała Legia. W sezonie 2001/02 oba zespoły na skutek m.in. regulaminu (podział ekstraklasy na dwie grupy) nie zmierzyły się ze sobą.

W obecnym stuleciu warszawsko-łódzki szlagier stracił na prestiżu - głównie z powodów problemów Widzewa, który w latach 2004-2006 i 2008-2010 oraz od 2014 nie występuje w ekstraklasie.

Łodzianie do kwietnia 2012 roku przegrali ze stołecznym rywalem 11 kolejnych meczów ligowych. Dopiero w rundzie wiosennej sezonu 2011/12 przerwali fatalną serię, remisując u siebie 1:1.

Fani Legii też mają co wspominać, choćby spotkanie z czerwca 2004 roku. Rozbity i już zdegradowany łódzki zespół przegrał na Łazienkowskiej 0:6, a obrazu klęski Widzewa dopełnił fakt, że jedną z bramek zdobył z rzutu karnego... bramkarz Artur Boruc.

Do ostatniego starcia Widzewa z Legią doszło 10 listopada 2013 roku (w 16. kolejce ekstraklasy), kiedy rozpoczęła się runda rewanżowa. W ostatnim dotychczas sezonie w najwyższej klasie Widzew przegrał wówczas u siebie 0:1 po golu Tomasza Jodłowca.

W sumie obie drużyny w ekstraklasie zmierzyły się 68 razy. Legia triumfowała w 31 spotkaniach, w 19 padł remis, a 18 razy górą był Widzew.

Obecnie łodzianie walczą o powrót do krajowej elity. Byli blisko awansu do 1. ligi już w poprzednim sezonie, ale seria 10 remisów w rundzie wiosennej zniweczyła te plany. Nic więc dziwnego, że latem doszło w klubie do rewolucji. Zmieniły się władze, postawiono też na trenera Marcina Kaczmarka, nazywanego specjalistą od awansów.

W piątek na trybunach będzie komplet, ale w Łodzi taki widok to nic dziwnego. Nawet w czasach gry w trzeciej lidze kibice Widzewa bili rekordy Polski pod względem kupionych karnetów i zapełniali szczelnie nowy stadion. Teraz, choć karnety nie obowiązują na mecze Pucharu Polski, bilety rozeszły się błyskawicznie. Zgodnie z przewidywaniami 18-tysięczny stadion, na którym pierwsza drużyna Legii jeszcze nie grała, okazał się za mały na takie wydarzenie.

"Miło znów Cię widzieć Legia Warszawa" - napisał tuż po losowaniu na swoim oficjalnym koncie na Twitterze Widzew.

W środowy wieczór miło będzie tylko jednej drużynie. Wiadomo, kto jest zdecydowanym faworytem, ale podopieczni Marcina Kaczmarka znają smak walki i wygranej z mocnymi rywalami - w poprzedniej rundzie PP wyeliminowali ówczesnego wicelidera ekstraklasy Śląsk Wrocław (2:0).

Początek meczu w Łodzi o godz. 20.30. Na arbitra wyznaczono najbardziej znanego obecnie sędziego w Polsce - Szymona Marciniaka.