Dziennik Gazeta Prawana logo

Tomasz Sikora szlifuje formę

27 stycznia 2010, 21:58
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
To będą ostatnie igrzyska olimpijskie Tomasza Sikory. Trener Roman Bondaruk już zapowiedział, że po tym sezonie kończy współpracę z Polskim Związkiem Biathlonu. – Jeśli nie będzie Tomka, to nie mam tu czego szukać – mówi szkoleniowiec.

Anterselva to ulubione miejsce Sikory, w końcu to tutaj przed piętnastoma laty sięgnął po swój pierwszy i jedyny tytuł mistrza świata, tutaj też najchętniej wraca na treningi. Czasem zabiera ze sobą rodzinę. Tę włoską miejscowość położoną w dolinie w południowym Tyrolu upodobał sobie także Ole Einar Bjoerndalen. Norweg, największa gwiazda biatlonu, rekordzista pod względem liczby wygranych zawodów w Pucharze Świata, przed kilkoma laty kupił sobie w tej okolicy dom. Tutaj też znalazł też żonę Nathalie Santer, włoską biatlonistkę.

W czym tkwi tajemnica Anterselvy? W jej położeniu. To dla nas ostatni trening wysokogórski przed igrzyskami. Teraz dotlenimy organizmy i zwiększymy poziom czerwonych krwinek, a później będziemy mieli jeszcze czas na wyrównanie wskaźników zdradza Sikora.

Różnicę wysokości odczuwa się już po przyjeździe w to miejsce. Droga na strzelnicę zajmuje około 10 minut piechotą. To ciągła wspinaczka, podczas której trzeba się przygotować na narastający szum w uszach, czasem nawet bolesny, oraz ból głowy. Biatloniści wjeżdżają znacznie wyżej, na płaskowyże górujące nad wioską. Ja ostatnio zajechałem na austriacką stronę, dosyć wysoko, nad jezioro, które góruje nad Anterselvą opowiada zawodnik katowickiego AZS.

Justyna Kowalczyk budzik ma nastawiony na godzinę 5 nad ranem, biatloniści przy niej to prawdziwe śpiochy. Jak jest dzień wolny, to wstajemy około 9, czasem 10. Ale z reguły śniadanie jest o 8, o 9 jest już trening. Drugi jest po obiedzie opowiada Bondaruk. Zawodnicy i zawodniczki trenują oddzielnie.

Nadia Biełowa wraz z ekipą kobiet trenują strzelanie. Wpierw w pozycji stojącej, a później w leżącej. A w przerwie, dla rozgrzewki, kilka kółek wokół stadionu. Nie daj Boże, gdy później ktoś nam chce zrobić zdjęcie. A my całe albo oplute, albo z gilami do pasa śmieje się Krystyna Pałka, piąta zawodniczka igrzysk olimpijskich w Turynie.

Sikora wykonuje indywidualny plan przygotowań, młodsi koledzy i tak nie byliby w stanie dotrzymać mu kroku. Przypuszczałem, że z powodu choroby początek sezonu może nie być najlepszy w moim wykonaniu. Biegałem słabiej, bo pojawiły się błędy w technice. W trakcie sezonu nie ma czasu na trenowanie, mimo to starałem się wykorzystać każdą wolną chwilę mówi Sikora.

Życie biatlonisty na zgrupowaniu ogranicza się do jedzenia, spania, trenowania i zabiegów regeneracyjnych. Większość sobie nie pobłaża, obfite śniadanie, dwudaniowy obiad, często z deserem, podobnie kolacja. Biatlon to sport wytrzymałościowy, jak przejedziesz kilka, kilkanaście kilometrów na nartach na mrozie, to od razu chce ci się jeść mówi Paulina Bobak. Ja ze względu na wiek staram się uważać na kalorie. Rezygnuję z deseru, zjadam też jedno danie. Przed Vancouver zamierzam zrzucić jeszcze 2 kg, by osiągnąć optymalną dla siebie wagę zdradza Sikora.

>>>Czytaj dalej>>>

W rozmowach język rosyjski miesza się z polskim, a wszystko przez Żenię Durkina, rosyjskiego smarowacza. Jak do nas przyjechał, to powiedział, że nie to on ma się dostosować do reszty, ale reszta ma się dostosować do niego. Więc zrezygnowaliśmy z tłumaczenia i przeszliśmy na rosyjski tłumaczy Sikora.

W ośrodku biatlonistów obowiązuje jedna zasada: cisza! Nic więc dziwnego, że wieczorami, po zakończeniu rytuału związanego z masażami, pracą przy przygotowaniu nart oraz suszeniem przemoczonych ubrań, życie przenosi się do pokojów. Tomek Sikora najchętniej przesiaduje z Wiesławem Ziemianinem i Jewgienijem Durkinem. Z tym pierwszym przez wiele lat jeździł w jednej ekipie, teraz jest on jego najbardziej zaufanym smarowaczem. Wiesiek to też największy wesołek w polskiej ekipie.

Czy tęsknię za dawną ekipą? Pewnie. Teraz to jest już zupełnie nowe towarzystwo, zupełnie inna mentalność i podejście do życia. Bardzo się różnimy mówi smutno Sikora.

Także Bondaruk, który pracę z polską ekipą rozpoczynał przed ośmioma laty, dostrzega zmiany. Tomkowi powiesz, co ma robić, on to zaraz chwyta. Nie trzeba go pilnować, poprawiać. A pozostałym trzeba pokazywać, jak biegać, jak strzelać. Tego powinni się nauczyć w klubach, a ja jako trener kadry powinienem pracować z najlepszymi. Problem w tym, że w Polsce, jeśli chciałbym wymienić jednego z zawodników, to nie mam na kogo. W mistrzostwach kraju w kategorii seniorów startuje ośmiu biatlonistów, a sześciu jest w kadrze. To niewielki wybór mówi Bondaruk.

Wydawało się, że Sikora będzie miał godnego następcę. Łukasz Szczurek w 2007 r. zdobył mistrzostwo świata juniorów młodszych. Od tego czasu nie zrobił jednak zadowalających postępów.

Wszyscy mnie pytają, dlaczego Łukasz, który jako junior wygrywał z Dominikiem Landertingerem (mistrz świata z Pyeongchang z 2009 r. red.), po przeniesieniu się do seniorów nie jest w stanie powtórzyć tych wyników? On nie ma takiej budowy, zdrowia i umiejętności technicznych jak Tomek. Cały czas pracujemy. Może za jakieś dwa lata zacznie się liczyć w stawce seniorów. Wszyscy chcieliby, żeby w polskim biatlonie pojawił się kolejny Sikora, ale taki Sikora to rodzi się jeden na 20 lat mówi smutno ukraiński szkoleniowiec.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj