Skąd ci wszyscy ludzie mają mój numer telefonu? - łapie się za głowę Tomasz Zimoch. "Tomek, jesteś artystą i poetą dziennikarstwa radiowego. Telewizyjne relacje były puste, suche i przemądrzałe. Ty lałeś nam miód na uszy i serca. Gratuluję i dziękuję. Pozdrawiam z Białegostoku" - napisał do komentatora Jan Smyk. Bo Justyna Kowalczyk i Adam Małysz to niejedyne polskie gwiazdy igrzysk olimpijskich w Vancouver. Dla milionów fanów sportu jest nią także Tomasz Zimoch.

Jego komentarze, już kilka minut po zakończeniu transmisji z zawodów pojawiały się na YouTubie, Facebooku, Twitterze. Posłuchać, jak emocjonował się walką Justyny Kowalczyk o złoto, zechciało już 400 tys. osób. Powstają zbiory najlepszych powiedzonek Zimocha i grupy jego fanów w portalach społecznościowych. - Jaki tam ze mnie fenomen? Ja jestem zwykły szaraczek, żuczek - odpowiada komentator. Przyznaje jednak, że od początku olimpijskich zmagań dostaje setki SMS-ów, e-maili, telefonów z podziękowaniami. - W czasach gdy telewizja wkracza już niemal wszędzie, okazuje się, że radio wcale nie jest skazane na porażkę. Dziękuję Bogu, że mogłem relacjonować te igrzyska - mówi Zimoch i podkreśla, że właśnie spełnia swoje marzenia.

Nie lubi sztampy

O pracy w radiu 52-letni komentator marzył od dziecka. Pierwsze wywiady przeprowadzał z ojcem, który miał za zadanie wcielać się w rolę kolejnych sportowców. - Brałem patyk i już miałem mikrofon. Albo robiłem relacje w aucie - jechaliśmy z tatą, ja siedziałem z tyłu i wystawiałem do niego nogę, a on odpowiadał na moje pytania - wspomina. Do radia trafił na drugim roku studiów. - Pierwszym kierunkiem było prawo. Kiedy jednak nadarzyła się możliwość praktyk w radiu, od razu z niej skorzystałem. W redakcji sportowej dostrzegł mnie Bogdan Tuszyński, zatrudnił, a potem zaproponował przejście z Łodzi do Warszawy. Tak się zaczęło - opowiada. Prawo jednak skończył. - Zrobiłem aplikację sędziowską i miałem nawet zapewniony etat, co było wtedy dużym wydarzeniem. Kiedy zrezygnowałem, koledzy pukali się w czoło - opowiada.

Nad swoim stylem pracował latami. Ostatnio z Adama Małysza zrobił krogulca, Justynę Kowalczyk nazwał kaktusem. Mimo to profesor Jan Miodek lubi go słuchać. - Jestem pełen podziwu dla Tomka. Mówi ładnie, spontanicznie, bez wysiłku, nie zastanawia się. Jest godnym następcą Bohdana Tomaszewskiego, Witolda Dobrowolskiego, Bogdana Tuszyńskiego. Mam jedynie wątpliwość, czy w jego komentarzu nie ma zbyt dużego natężenia figur stylistycznych. Muszę mu powiedzieć, by na to uważał - ocenia językoznawca.

- Skąd czerpię inspiracje? Z życia - czytam, słucham muzyki, oglądam filmy, chodzę do muzeum. Ludzie pytali mnie o krogulca przy skoku Małysza. Przed wyjazdem do Kanady słuchałem reportażu radiowego o tych drapieżnikach. I nagle, gdy zobaczyłem skaczącego Adama, od razu przyszedł mi na myśl krogulec, bo Małysz skakał tak agresywnie, zadziornie, atakował w powietrzu - tłumaczy Zimoch. - Przed rokiem Justyna Kowalczyk sama powiedziała mi, że w okresie startowym jest pobudzona jak kaktus. Przypomniało mi się to, gdy biegła po medal. Spędziłem dużo czasu, czytając o kaktusach. Justyna rzeczywiście jest jak kaktus, znam ją od wielu lat, dlatego tłumaczyłem, że w okresie startowym ta ambitna dziewczyna walczy sama z sobą, kumuluje emocje, chodzi własnymi ścieżkami - dodaje.

Zimoch twierdzi, że komentuje wydarzenia sportowe bez wcześniej nakreślonego planu. - To nie sztuka teatralna, tego nie da się wyreżyserować - podkreśla. - Jeśli kibic, słuchając mnie, ma wrażenie, że siedzi tuż obok, widzi i czuje to co ja, wiem, że mi się udało. Dlatego staram się być na zawodach wcześniej, poczuć atmosferę. Nie idę od razu do kabiny komentatorskiej. Stoję z kibicami, chcę dotknąć śniegu, poczuć, jak pachnie, bo radiowiec musi też mówić o zapachu. Za każdym razem mam tremę, po chwili wpadam jednak w trans i o niej zapominam. Wywieszam sobie w oknie kabiny biało-czerwoną flagę, identyfikuję się z naszymi - to rada, którą przekazał mi psycholog sportu profesor Jan Blecharz - zdradza.

Czytaj dalej >>>


W Vancouver po raz pierwszy relacjonował wyścigi saneczkarskie. - To dopiero było wyzwanie! O naszej reprezentantce Ewelinie Staszulonek można by nakręcić film tak wzruszający jak "Titanic". Przy jej problemach uraz Lindsay Vonn był małym pryszczem na wardze. Staszulonek ma w nodze sześć śrub, a za sobą trzy skomplikowane operacje. Jednak wróciła i świetnie się spisała, zajmując 8. miejsce. Przewertowałem wszystkie źródła, by dowiedzieć się o tym sporcie jak najwięcej. Mało kto wie, że saneczkarki dociążają się ołowiem. Ewelina nakładała na pośladki 7 kg okrągłych sztabek - opowiada.

- Uwielbiam go. Stworzył własną szkołę radiową, którą ja nazywam szkołą "Leć, Adam, leć. Aaaależ poleciał!". I to jest cały Tomek Zimoch. Nie kreuje rzeczywistości, bo robią to sportowcy, ale potrafi nadać zawodom odpowiednią rangę - mówi Andrzej Turski, szef Zimocha w latach 1998 - 2002.

Zimoch zawsze chce poznać sportowca, którego zawody komentuje. - Wydawało mi się, że doskonale znam Adama Małysza, jednak przed igrzyskami wziąłem urlop i pojechałem do Wisły, żeby spędzić z nim trochę czasu. Długo rozmawialiśmy i wtedy nabrałem przekonania, że on jedzie do Vancouver po znaczący sukces, byłem tego pewny nie na sto, lecz na tysiąc procent - mówi. Czy właśnie wtedy dostrzegł na twarzy skoczka słynny już "pióropusz zmarszczek"? - Kiedy przygotowywałem fragment reportażu o przemijającym czasie u sportowca, rozmawiałem na ten temat z Małyszem. Opowiadał, że czułby się młodo, gdyby nie coraz więcej zmarszczek. Przypomniałem sobie o tym podczas relacji. Kiedyś prezentował się w stroju skoczka tak jak chłopiec wędrujący w garniturku do pierwszej komunii. Teraz ma na sobie raczej smoking - zdradza Zimoch.

Turku, kończ już ten mecz

Do tej pory Zimoch znany był przede wszystkim z niezapomnianej końcówki meczu Widzewa z Broendby. - Panie Turek, kończ pan ten mecz! - wzywał sędziego przez ostatnie pięć minut spotkania. Marek Citko, który awansował wtedy z Widzewem do Ligi Mistrzów, dobrze to pamięta. - Będę to puszczał moim wnukom - śmieje się. - W tamtym czasie kolegowaliśmy się, dużo mi pomagał. Puściliśmy nawet w obieg żart, że jest moim rzecznikiem prasowym - mówi piłkarz. - Myślałem, że tekstu z naszego meczu z Duńczykami już nie przebije, ale w Vancouver przeszedł samego siebie - uśmiecha się inny były widzewiak, a obecnie komentator Canal+ Mirosław Szymkowiak. - W dawnych czasach z wypiekami na twarzy słuchało się jego studia ligowego S13. Ten gość umie zrobić historię z tego, że ktoś wysoko podciągnął sobie getry. Zawsze w nim ceniłem, że nie zadawał głupich pytań. Gdy komentuje, wchodzi w inny świat, jest całkowicie oderwany od rzeczywistości - mówi Citko.

Kiedy Zimoch komentuje, wpada w amok. - Często zupełnie nie pamiętam, co wygadywałem - przyznaje. - Nie mam jak zmienić zdania, które już poszło w eter, mogę je tylko obudować historią, wyjaśnić. Nieraz żałuję słów, które padły, ale decydują sekundy. Człowiek myśli, czy tak było trzeba. Po transmisji długo nie mogę zasnąć, jestem całkowicie wyczerpany. Kto tego nie przeżył, nie ma pojęcia, jak duży to wysiłek fizyczny. Wszystko mnie boli - zwierza się komentator.

Czytaj dalej >>>


Sportowcy wybaczają mu jednak błędy i śmiały język. - Po igrzyskach w Turynie dostałem SMS-a od Justyny Kowalczyk. Napisała, że wysłuchała mojej relacji z jej medalowego biegu i nigdy w życiu czegoś takiego nie przeżyła. Aż się popłakała. To było szalenie miłe - mówi Zimoch. - Obrażać się na Zimocha? Nie ma mowy, bo on nie jest złośliwy - mówi Szymkowiak. - Nie czułbym się urażony, gdyby nazwał mnie kaktusem - śmieje się siatkarski mistrz Europy Daniel Pliński. - Kiedy moja Skra wracała z meczu wyjazdowego, Kowalczyk właśnie biegła po złoto. Chłopaki wysłuchali relacji Zimocha w autokarze, byli zachwyceni - dodaje. - Ma w sobie coś takiego, że nie przełączysz radia na inny kanał - dodaje drugi trener piłkarzy Legii Jacek Magiera.

Hity Zimocha z Vancouver

o Justynie Kowalczyk:

● Jesteś i tak Chopinką. Graj nam. Klawisze to twoje narty... To nie ziemia przyciągnęła ciebie, a ty ziemię...
● Bjoergen ucieka, Justysiu, przydałoby się, żeby kijek zamienić w rewolwer i oddać dwa strzały!
● Twarz rozpromieniona, czerwona, rozgrzana jakby łyk pigwówki (...). To łyk bólu, łyk cierpienia, zakręt śmierci, zamknijcie państwo oczy! Wytrzymała!

o Adamie Małyszu:

● Wdrapał się jak niezdarne dziecko na tę belkę, na której siedzi młodziutki jak 8 lat temu, tylko pióropusz zmarszczek wystaje zza lewego i prawego ucha.
● Adam poruszył uszami jak pies, kiedy go pieszczotliwie głaszczemy.
● Wiosną pachnie, Małyszem pachnie, skokami pachnie, szczęściem pachnie, ale zapach Ammanna wyczuwalny jest jednak tutaj najbardziej.