Nie, bo wiedziałem o tym już od września. Ucieszyłem się wtedy bardzo, ale dopiero teraz widzę, jaki to ważny tytuł.
Nazwiska Otylii nadal nie nauczyli się wymawiać, a ze mną radzą sobie całkiem nieźle. Prawie bez akcentu wymawiają mnie Włosi. Pewnie dlatego, że jestem głównym rywalem ich Federico
Colbertaldo.
Ja bym swojej nie dał. To zawody na krótkim basenie, a ja zawsze lepiej pływałem na pięćdziesiątce. Na Wegrzech wcale nie musi być tak różowo.
Raczej myślę realistycznie. Debreczyn wypada na dwa tygodnie po mistrzostwach kraju, podczas których walczyliśmy o wyjątkowo wyśrubowane minima. Jesteśmy zmęczeni i nie wiem, czy uda nam się
dostatecznie zregenerować przed wyjazdem na Węgry. Poza tym trzeba pamiętać, że w tym roku najważniejsze dla nas są igrzyska. Miło jest wracać z każdej imprezy z workiem medali, ale trzeba
znać priorytety. Jak będziemy się rozmieniać na drobne i skupiać na pomniejszych zawodach, z Pekinu wrócimy z niczym, bo po prostu nie zdążymy się do igrzysk przygotować.
Ten konflikt został wyolbrzymiony przez media. Rzeczywiście, może w drużynie nie było mobilizacji i pozytywnej atmosfery sportowej, ale też nie odbieraliśmy Melbourne w kategoriach kompletnej
porażki. Jako sportowcy wiedzieliśmy, że nie da się wygrywać na każdej imprezie, że w sporcie trzeba czasem cofnąć się o krok, żeby potem zrobić dwa kroki w przód. Poza tym w ostatnich
dniach mistrzostw koledzy i koleżanki mieli swoje starty już za sobą i zachowywali się, jakby już mieli wakacje. Ten ich luz mnie uspokajał.
Wszyscy wiemy, że Grant nie był wtedy w formie, bo wcześniej chorował. To żadna satysfakcja pokonać osłabionego mistrza. Przecież podczas sierpniowych zawodów w Chibie Australijczyk pokazał
mi, gdzie moje miejsce. Ja jestem mistrzem dopiero po raz pierwszy. Jeszcze w tym nie okrzepłem.
Oprócz cięższych niż kiedykolwiek treningów mam więcej obowiązków towarzyskich. Udzielam zdecydowanie więcej wywiadów, pojawiam się w telewizji, a ostatnio zostaliśmy z drużyną
zaproszeni do prezydenta Szczecina. O wiele więcej ludzi mnie rozpoznaje, chce się ze mną skontaktować, zobaczyć. Na mistrza świata patrzy się inaczej. Wszyscy spodziewają się, że teraz
ciągle będę bił rekordy, ciąży na mnie większa presja. Z drugiej strony większe zainteresowanie to też większy doping.
Trener Drozd pilnuje, żeby mnie i Przemkowi (Stańczykowi - mistrzowi świata na 400 m kraulem) woda sodowa nie uderzyła do głowy. Wciąż się z nami droczy, nazywa gwiazdorami i mówi, że
trzeba zejść na ziemię. Przypomina, że najważniejsze w tym sporcie są nie dawne sukcesy, ale teraźniejszość i to, jak pracujemy na treningach.